Muzyka21 nr 12/173 - grudzień 2014 r. - rok XV

Grudzień to szczególny czas – zawsze kojarzy się w naszej kulturze ze Świętami Bożego Narodzenia oraz zakończeniem starego roku i przywitaniem Nowego Roku. Wydarzenia sprzed przeszło 2000 lat zmieniły nasze postrzeganie czasu, patrzenie na drugiego człowieka, który jest naszym bliźnim. Największą wartością stało się ludzkie życie. O tym, jak wielką wartość ma życie, a jaką siłę nadaje mu miłość i nadzieja zaświadcza główny bohater naszej grudniowej okładki.
Jest nim legendarny artysta, wielka gwiazda operowa, hiszpański tenor José Carreras. To artysta o wielkim talencie, znakomitych osiągnięciach artystycznych. „25 lat temu wydawało się, że traci wszystko. Dzisiaj, dla uczczenia życia nagrywa nowy album przepełniony wdzięcznością, radością, miłością, życiem”.
W swojej autobiografii tak wspomina tamten dzień: „21 lipca 1988 r. Piękny dzień, mój dzień. Dziś znów będę śpiewać. Dziś wieczorem w mojej ukochanej Barcelonie. To co minęło, jest jak zły sen. Zaledwie rok temu zaczął się najstraszniejszy okres mojego życia... atak białaczki”. Dwa miesiące później, w Operze Wiedeńskiej wiele osób wytrwale stało w kolejce przez 24 godziny, aby kupić bilety na koncert będący powrotem na scenę Carrerasa. Owacje. Łzy. Carreras powrócił, osiągnął to, o czym marzył podczas choroby, osiągnął to, co pozwalało mu wierzyć w sens życia. Znowu śpiewał! I dziś z perspektywy 25 lat ten wybitny artysta mówi krótko: „Cieszę się darem życia. Efektem tej radości jest najnowszy album. To jest jak piękny sen. 25 lat upłynęło od tego czasu. 25 lat nowego życia. To moje 25 urodziny”. W tym czasie występował w największych teatrach operowych świata, dawał koncerty solowe, wziął udział w słynnym koncercie Trzech Tenorów (razem z Pavarottim i Domingiem), który stał się najbardziej spektakularnym wydarzeniem w dziedzinie muzyki poważnej w historii, osiągając sprzedaż 100 milionów płyt i 2-miliardową publiczność obserwującą spektakl w Los Angeles na ekranach telewizorów. Równocześnie ze swoją karierą muzyczną Carreras pomagał innym w ramach stworzonej przez siebie „Międzynarodowej Fundacji Joségo Carrerasa walki z białaczką”. Dla niej zebrał 300 milionów euro. Współpracuje ona ze szpitalami w Niemczech, USA i Szwajcarii dla urzeczywistnienia marzenia Carrerasa, aby „białaczka była uleczalna zawsze i dla wszystkich”. Zatem 25 to album, który przepełnia czysta radość muzyki, to świat José Carrerasa, w którym rządzą prawa nadziei.

Polscy artyści i polska muzyka są ciągle w centrum naszego zainteresowania. Publikujemy zatem arcyciekawą rozmowę z naszą najwybitniejszą śpiewaczką, sopranem Aleksandrą Kurzak, która opowiada Agnieszce Okońskiej o swojej wielkiej roli w Rigoletcie Verdiego. Partia Gildy jest obecnie jej popisową rolą. Aleksandra Kurzak dzieli się z nami swoją wizją tej roli i ujawnia sekrety jej scenicznej prezentacji. Wykonuje ją od kilkunastu lat i wciąż zalicza do swych najbardziej ulubionych. Występowała już w Rigoletcie na wielu wspaniałych scenach, a w tym sezonie po raz pierwszy w swej ukochanej Królewskiej Operze Covent Garden.

Kolejną wybitną polską artystką jest pianistka Joanna Ławrynowicz, która dała się namówić na rozmowę o muzyce Oskara Kolberga. Jako pierwsza na świecie nagrała jego utwory fortepianowe na płycie wydanej przez Acte Préalable oraz prezentowała je w tym roku na koncertach. Warto poznać jaka jest jej zdaniem wartość muzyki polskiego kompozytora, który wciąż kojarzy się wszystkim co najwyżej z muzyką ludową.

Nasze uznanie zdobyła mezzosopranistka Aleksandra Kamińska, która nagrała pierwszą na świecie płytę z pieśniami Apolinarego Szeluty, także dla Acte Préalable. I jak nam obiecała nie jest to jej ostatnia płyta z pieśniami tego twórcy. Warto zwrócić uwagę na tego zapomnianego kompozytora, którego życie nie oszczędzało, a wartość jego muzyki jest dla nas z niezrozumiałych względów umniejszana. Gdy się jej posłucha, trudno nie dać się porwać jej mistrzostwu i pięknu. Aleksandra Kamińska w intrygujący i atrakcyjny sposób opowiada o kompozytorze i prowadzi nas po tajnikach jego muzyki oraz swoich artystycznych uzależnieniach.

Brazylijski pianista Nelson Freire w październiku świętował 70. urodziny. Z tej okazji pojawiły się dwa nowe albumy. Rozpoczął wydawanie kompletu koncertów fortepianowych Beethovena oraz sięgnął do archiwów radiowych, gdzie znalazły się nagrania z początków jego kariery. Publikujemy rozmowę z pianistą o tych dwóch albumach.

Na naszych łamach zagościł również chiński dyrygent Cheung Chau, założyciel i dyrektor orkiestry Sinfonietta Polonia oraz piękna brytyjska trębaczka, Alison Bolsom.

Specjalnie dla czytelników Muzyka21 znany i lubiany autor Adam Czopek, znawca opery, wielki miłośnik muzyki Ryszarda Wagnera (swego czasu napisał dla nas cykl o jego dziełach), kolekcjoner różnych operaliów, autor cyklu Legendy polskiej wokalistyki, rozpoczął cykl o operach Vincenza Belliniego.

W tym numerze kończymy już cykl tekstów o Andrzeju Panufniku. Jako jedyni w Polsce poświęciliśmy tak wiele miejsca, by przybliżyć sylwetkę i dzieła tego znakomitego polskiego kompozytora. Andrzej Panufnik to kompozytor, którego muzyki jest wciąż za mało w naszych filharmoniach i programach radiowych. Oby ten stan dzięki nam zmienił się na lepsze.

Polecamy także interesującą rozmowę z założycielem firmy płytowej Acte Préalable i naszego miesięcznika Muzyka21. Jan A. Jarnicki mówi o rozterkach i problemach, na jakie natrafia w naszych czasach producent muzyczny i wydawca, a także ocenia kondycję muzyczną naszych czasów. Dzieli się z nami najnowszymi sukcesami swojej firmy płytowej, która w tym roku skończyła 18 lat. Z tej rozmowy wiele się dowiadujemy o kulisach polskiego życia artystycznego oraz tajnikach rynku płytowego. Jan A. Jarnicki mówi: „W dzisiejszych czasach nie ma już chyba producentów muzycznych. Firmy płytowe przestały być wydawnictwami z prawdziwego zdarzenia, stały się firmami nakładowymi, coś na wzór drukarni. (…) W Polsce nie ma już żadnego wydawnictwa płytowego – wszystko są to firmy produkujące płyty na zlecenie”. I na koniec tego wywiadu dodaje: „moje wydawnictwo jako jedyne, jest permanentnie ignorowane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Bez względu na to jaki złożę wniosek: z muzyką zapomnianą czy ogólnie znaną, z artystami debiutującymi czy uznanymi, zawsze są odrzucane”.

Już 15 lat piszemy o muzyce. Cieszy nas fakt, że jesteśmy najdłużej ukazującym się polskim miesięcznikiem, który powstał z prywatnej inicjatywy w najnowszej historii Polski. W tym miejscu dziękujemy wszystkim autorom, którzy dla nas pisali, wszystkim artystom, z którymi rozmawialiśmy i publikowaliśmy wywiady na naszych łamach. Jesteśmy dumni z wielu naszych sukcesów. Do najważniejszych należą wywiady z dziesiątkami polskich artystów, którzy mogli tylko dzięki nam zaprezentować swoją karierę, odkrycia muzyczne, kolejne etapy swoich sukcesów, a także podzielić się swoim spojrzeniem na różne tematy związane z życiem i karierą. Żadne inne pismo muzyczne w Polsce (obecnie jest ich, z nami, tylko 4) nie może się poszczycić taką ilością promowanych na swoich łamach polskich artystów, tych uznanych, legendarnych, ale też i tych debiutujących i zupełnie zapomnianych. Wywiady z polskimi artystami, sylwetki polskich artystów to nasz znak firmowy i nasze największe osiągnięcie oraz powód do prawdziwej dumy! Najserdeczniejsze podziękowania kierujemy do naszych czytelników i prenumeratorów, którzy każdego miesiąca nam ufają i sięgają po każdy nowy numer. Nie było by Muzyka21 bez czytelników i artystów, którzy dzielą się z nami swoją sztuką, czy to na koncertach, czy na płytach. Od 15 lat to właśnie w Muzyka21 najwięcej miejsca poświęcamy prezentacji polskich i światowych artystów oraz recenzujemy największą ilość płyt, które pojawiają się na rynku.

W tym miejscy składamy wszystkim jak najlepsze życzenia na Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. Niech w każdej chwili naszego życia towarzyszy nam piękna muzyka, najlepiej polska, którą wspólnie odkrywamy, a sukcesy polskich artystów niech będą dla nas zawsze powodem do dumy i wielu muzycznych wzruszeń.

ŻYCIE

Słuosk - 48 Festiwal Pianistyki Polskiej w Słupsku Anno Domini 2014 był jak zwykle siedmiodniowym cyklem koncertów rozpoczynających się, tradycyjnie, w pierwszą sobotę września (w tym roku był to 6 września) – trwał zaś do piątku 12 września. Program jego obejmował trzy koncerty symfoniczne: inauguracyjny, następnie jubileuszowy – na 50-lecie Słupskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego (bardzo rozmaity), i finałowy – oraz: koncert kameralny, 2 recitale fortepianowe i 6 półrecitali w ramach Estrady Młodych. Aspekt czasu skłania do przywołania jego początków, jego roli kulturalnego fenomenu na powojennym Środkowym Pomorzu (Województwie Koszalińskim). Otóż idea Festiwalu Pianistyki Polskiej narodziła się w 1967 r. jako produkt twórczych pomysłów dyrektora ówczesnej Koszalińskiej Orkiestry Symfonicznej, Andrzeja Cwojdzińskiego. Władze partyjne, a więc i administracyjne Koszalina były temu niechętne. Natomiast Przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej w sąsiednim, mało zniszczonym i pięknym powiatowym Słupsku, Jan Stępień, człowiek światły i rzutki, oraz działacze Słupskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego – pomysł Andrzeja Cwojdzińskiego docenili i w Słupsku zrealizowali – wykorzystując salkę w Muzeum Pomorza Środkowego (na Zamku), oraz dużą, słupską salę koszalińskiego Bałtyckiego Teatru Dramatycznego. 7 IX 1967 r. I Festiwal ruszył. Zaś owa wspólnota organizacyjna władz słupskich i koszalińskich trwała aż do roku 1978 – do jego XII wydania, natomiast od XIII edycji w roku 1979 do chwili obecnej organizacja Festiwalu, oraz powoływanie ciała programującego repertuar, jest już wyłącznym dziełem Słupskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego (STS-K). Cały program i przebieg corocznych Festiwali – od owej pierwszej edycji w roku 1967 – skłania oczywiście do historycznej retrospekcji i refleksji, skłania zwłaszcza piszącego te słowa, towarzyszącego Festiwalowi od pierwszej jego edycji. Owa coroczna powtarzalność była, i jest oczywiście, immanentnym czynnikiem rozwoju Festiwalu, a na jego dynamikę składało się w dużym stopniu łączenie pianistyki z wykonawstwem klawesynowym, jakiemu służył klawesyn ustawiony w podłużnej salce na piętrze słupskiego Muzeum – jakby stworzonej dla ekspresji subtelnej brzmieniowo literatury klawesynowej. Trwało to do 23 edycji Festiwalu, w roku 1989; ostatni recital klawesynowy grała w salce Muzeum Monika Raczyńska. (…)

Kazimierz Rozbicki

Wrocław - Wratislavia Cantans. Tegoroczny program festiwalu jak zawsze zapowiadał się fascynująco, a repertuar był bardzo zróżnicowany, od Bacha i Haendla, Zelenki i Purcella do Strawińskiego i Szymanowskiego. Wybór pierwszego koncertu uważałem za oczywisty ze względu na osobę mojego przyjaciela Krystiana Adama Krzeszowiaka, którego występy zawsze gwarantują wielkie emocje i znakomity poziom artystyczny. Drugi powód to przepiękna muzyka Jana Dismasa Zelenki. Nazwisko tego kompozytora, jeszcze kilka lat temu, niewiele mi mówiło. Od pewnego czasu jego dzieła przeżywają prawdziwy renesans, a uznanie jakim się cieszą jest w pełni uzasadnione. Czeski dyrygent Vaclav Luks, którego rola w przywróceniu do repertuaru koncertowego muzyki Zelenki jest niepodważalna, poprowadził w czwartkowy wieczór dwa utwory tego kompozytora. Pierwsze wykonanie Te Deum D-dur miało prawdopodobnie miejsce 5 listopada 1731 r. w kaplicy dworskiej z okazji narodzin księżniczki Marii Józefy. Dzieło przeznaczone jest dla dwu chórów, solistów i orkiestry. Drugim utworem była Missa Dei Filii, msza poświęcona Synowi Bożemu. Powstała pod koniec życia kompozytora w roku 1740 lub 1741. Jak można było przeczytać w programie festiwalu „Msza reprezentuje typ późnobarokowej mszy kantatowej o częściach podzielonych na wiele niezależnych ogniw zestawionych na zasadzie kontrastu”. Jest to jedno z najwspanialszych dokonań kompozytora w dziedzinie muzyki sakralnej. Do wykonania dzieł Zelenki Vaclav Luks zaprosił międzynarodowe grono znakomitych solistów. Oprócz wspomnianego już Krystiana Krzeszowiaka – tenora, wystąpili: szwedzka sopranistka czeskiego pochodzenia Martina Jankova, niemiecka śpiewaczka Isabel Janschek – sopran, Wiebke Lehmkuhl – kontralt oraz pochodzący także z Niemiec Felix Rumpf – baryton. Artystom towarzyszyły Wrocławska Orkiestra Barokowa i Drezdeński Chór Kameralny. Z solistów największe wrażenie zrobiła na mnie Martina Jankova, której przepiękny sopran najlepiej zabrzmiał w Christe i Quoniam I. Krystian Krzeszowiak miał niewielką partię, jednak jak zwykle zaśpiewał znakomicie, szczególnie w Quoniam II, którą wykonał wspólnie z Felixem Rumpfem, a Wiebke Lehmkuhl bardzo dobrze zaprezentowała się w Cum Sancto Spiritu II. Dyrygent doskonale znał i czuł styl muzyki Zelenki i to było słychać. Bardzo płynnie poprowadził orkiestrę, chór i solistów, przyczyniając się do entuzjastycznej reakcji publiczności zgromadzonej w kościele św. Marii Magdaleny we Wrocławiu. (…)

Mariusz Trojanowski

Kraków - Inauguracje pod znakiem Szymanowskiego. Odbywające się w odstępie tygodniowym inauguracje sezonów filharmonicznych w Krakowie i Wrocławiu przebiegały w tym roku wokół osoby Szymanowskiego. W Filharmonii Krakowskiej, której on patronuje, było to wykonanie muzyki baletowej Harnasie op. 53, a we Wrocławskiej I Koncertu skrzypcowego op. 35.
Michał Dworzyński, szef artystyczny i pierwszy dyrygent krakowskich filharmoników, zarysował przede wszystkim kształt architektoniczny tego dzieła, kładąc nacisk na monumentalność formy, przejawiającą się w rozbudowanym aparacie wykonawczym, złożonym z orkiestry, chóru i solisty-tenora. W jego ujęciu to przede wszystkim rozległy fresk dźwiękowy mający kilka kulminacji, w których dyrygent unikał dynamicznych przejaskrawień, by nie przysłoniły instrumentalnych subtelności tej partytury. Jednocześnie wyeksponował pierwiastki kolorystyczne orkiestracji oraz nowatorskie podejście do inspiracji folklorystycznych, polegające na przeniesieniu ich istotnych cech bez dosłownego ich odtwarzania. Tomasz Szlenkier ze swej strony nie starał się w mniej lub bardziej udatny sposób naśladować śpiewu góralskiego, lecz w zamian skoncentrował się na szlachetności i urodzie brzmienia.(…)

Lesław Czapliński

Wrocław - W dniach 3–12 października Międzynarodowe Towarzystwo Muzyki Współczesnej zorganizowało we Wrocławiu swój festiwal noszący tytuł Światowych Dni Muzyki. Te odbywające od 87 lat spotkania muzyczne, co roku w innym kraju, już trzykrotnie gościły w Polsce (dotąd miastem-gospodarzem bywała Warszawa, za pierwszym razem w 1939 r. dzieląc ten honor z Krakowem, a potem jeszcze w latach 1968 oraz 1992).
Jaki zatem obraz muzyki współczesnej wyłonił się w tych dniach z perspektywy Wrocławia? Przede wszystkim dosyć ujednolicony, niezależnie od wieku, płci czy kraju pochodzenia autorów wykonywanych utworów. Najlepiej mogła o tym świadczyć kompozycja Şıvgın (Zamieć, ale też Odrośl) Mithatcana Öcala, tureckiego twórcy, pochodzącego z İskenderun, czyli dawnej Aleksandretty, a więc w bezpośredniego sąsiedztwa syryjskiego. Nic z tego nie przeniknęło jednak do uniwersalnego, postsonorystycznego języka muzycznego, co mogłoby bliżej lokalizować autora i jego utwór. Mógł on równie dobrze powstać w każdym innym zakątku zglobalizowanego świata.(…)

Lesław Czapliński

Warszawa - Wieczór z fantazją. Cykl koncertów Mistrzowie fortepianu w Filharmonii Narodowej zainaugurował w tym sezonie dobrze znany warszawskiej publiczności Aleksander Melnikow. Rozpoczął swój recital w mistrzowskim stylu. Wykonał z nienaganną precyzją artykulacyjną i techniczną pierwszą część Fantazji „Wędrowiec” Franza Schuberta, operując estradowym czasem w bardzo finezyjny sposób. Już od pierwszych dźwięków wirtuoz nawiązał z publicznością magiczną nić porozumienia, która jednak... została szybko zerwana. Nie można osobom chorym odmawiać prawa do rozkoszowania się muzyką, jednak już od pierwszych taktów kaszel na sali właściwie nie ustawał. Na dodatek rosyjskiemu pianiście akompaniowały dzwonki telefonów, a w utrzymaniu precyzji rytmicznej „pomagał mu” regularny trzask drzwi (sic!). Słowem – warunki na sali dalekie były od sprzyjających skupieniu. Rozkojarzony (a raczej poirytowany) Melnikow od drugiej części schubertowskiej Fantazji dawał publiczności do zrozumienia, że chce jak najszybciej dobrnąć do końca utworu. Wieńcząca Fantazję fuga przypominała w odrobinę nonszalanckim wykonaniu Rosjanina znacznie bardziej Liszta niż Schuberta. Należy jednak oddać rosyjskiemu artyście, że – mimo zdenerowania – potrafił z niebywałą spójnością ująć formę Wędrowca. (…)

Michał Bruliński

Wiedeń - Sukces Małgorzaty Jaworskiej i Thomasa Tellefsena.15 października 2014 r. w ramach XXIII Dni Kultury Polskiej w Austrii wystąpiła w Wiedniu z recitalem w sali Gesellschaft für Musiktheater mieszkająca na stałe w Norwegii polska pianistka Małgorzata Jaworska. Jej koncert został objęty także patronatem przez Towarzystwo Austriacko-Norweskie. W programie obok znanych dzieł Chopina i Griega znalazło się również kilka utworów norweskiego kompozytora i ucznia Fryderyka Chopina, Thomasa D. A. Tellefsena, którego twórczość, przykryta ponad sto lat kurzem zapomnienia, pomału zaczyna torować sobie drogę na estrady świata.
Niemała w tym zasługa Małgorzaty Jaworskiej, która od lat 90. ubiegłego wieku wykonując tę muzykę publicznie i nagrywając na płyty, wskrzesiła niejako tego niesłusznie zapomnianego twórcę zwracając na niego uwagę przede wszystkim norweskiego środowiska muzycznego. Tam również okazało się trafne przysłowie „cudze chwalicie, swego nie znacie”, z tym, że w przypadku Tellefsena Norwegowie szybko naprawili swój błąd. Nie mniej jednak musi upłynąć jeszcze sporo czasu, aby kompozytor ten był równie znany jak jego rodak Grieg. W każdym razie w Gesellschaft für Musiktheater w Wiedniu jego utwory zabrzmiały po raz pierwszy, lecz na pewno nie ostatni, gdyż zaraz po koncercie pianistka otrzymała propozycję od prezydenta Gesellschaft für Musiktheater, profesora Franza Eugena Dostala, zaprezentowania w Wiedniu monograficznego programu z utworami Thomasa Tellefsena. Występ Małgorzaty Jaworskiej odkrył przed tutejszymi melomanami wartość i piękno tej muzyki oraz wzbudził pragnienie poznania także innych dzieł tego kompozytora. (…)

Elżbieta Teresa Nowak

Londyn - Na przestrzeni od 13 września do 17 października 2014 r. londyńska English National Opera wystawiła dziesięć przedstawień Otella Verdiego, jego jednego z najważniejszych i najbardziej znanych dzieł operowych. Tradycyjnie libretto przetłumaczono na język angielski. Warto zaważyć, że Tom Phillips autor tego przekładu, starał się zachować tzw. włoską linię i udało mu się, by angielski tekst pasował do muzyki Verdiego. Trudno było się doszukać dziwnych momentów oraz niezręczności przekładu. Co więcej, tekst nie przeszkadzał śpiewakom w prowadzeniu frazy verdiowskiej bogatej w legato.
Ten Otello jest nową produkcją w ENO tworzoną w kooperacji z Królewską Szwedzką Operą oraz Teatro Real w Madrycie. Reżyserem był David Alden, za scenografię odpowiadał Jon Morrell, za światła Adam Silverman, a za ruch sceniczny Maxine Brahan.
Akcję opery osadzono bliżej czasów nam współczesnych. Na scenie można było ujrzeć szare ściany wielkiego pałacu oraz plac przed nim. Postacie ubrane były najczęściej w mundury oraz skórzane płaszcze i kurtki. Desdemona nosiła prostą suknię w szarawych odcieniach, natomiast Emila ubrana była w typowy dla angielskiej nauczycielki czy guwernantki tweedowy kostium. Cały obraz jest dość mroczny – na scenie dominują kolory szare, ciemne, niebieskie – które tym samym podkreślają niebezpieczeństwo, emocjonalną truciznę sączoną przez Jagona, postępujące szaleństwo Otella, czy uciemiężenie Desdemony.(…)

Damian Ganclarski

CZŁOWIEK

José Carreras: oda do życia

Jacek Chodorowski

A zaczęło się wszystko od filmu Wielki Caruso, który wywarł na małym chłopcu olbrzymie wrażenie. Ten urodzony w Barcelonie 5 grudnia 1946 r. chłopiec, zafascynowany śpiewem, początkowo próbował studiować chemię. Gdy jednak zdecydował się na profesjonalną naukę śpiewu, spotkał w konserwatorium w Barcelonie doskonałych hiszpańskich pedagogów, jakimi byli Jaime Francesco Puig oraz Juan Roax. A sam miał już za sobą debiut sceniczny – Chłopiec w operze de Falli Kukiełki mistrza Piotra. Debiut ten odbył się w Teatro Liceo w Barcelonie. Oficjalnie jednak, w tym samym Teatrze zadebiutował w niewielkiej roli Flavia w Normie Belliniego. Jego niezwykły talent zauważyła, znakomita już wtedy śpiewaczka, Montserrat Caballé. I młodego artystę wzięła „pod swoje skrzydła”. Do dziś pozostają wielkimi przyjaciółmi. W jednym z wywiadów Carreras powiedział: „najwspanialsza śpiewaczka, jaką kiedykolwiek słyszałem na scenie, kobieta o walorach ludzkich nadzwyczajnych. Do Caballé mam słabość specjalną” (1984 r.).
Już z początkiem lat 70. partneruje Caballé w Lukrecji Borgii i Nabucco. Te występy przynoszą mu zasłużony sukces. Zwycięstwo zaś na verdiowskim konkursie wokalnym w Parmie, w 1971 r., umacnia jego pozycję w świecie wokalnym. Wspólne natomiast londyńskie występy z Caballé w Marii Stuart spowodowały, iż już od 1974 r. artysta regularnie zaczyna się pojawiać na scenie Covent Garden (Traviata, Napój miłosny, Cyganeria, Lombardczycy). W początkowym okresie swej kariery podejmuje partie liryczne. Dopiero z biegiem lat stopniowo włączał do swego repertuaru role dramatyczne. Jak pisze w swym obszernym artykule o śpiewaku Bogdan Okulski „wypracował własną technikę, bezbłędnie kontrolowany oddech i udramatyzowanie odcieni tonu. Wszystko to w połączeniu z wielkim zdyscyplinowaniem i ciągłą pracą nad doskonaleniem umiejętności wokalnych sprawiło, że w wieku dwudziestu kilku lat zyskał światową sławę, co jest zupełnym wyjątkiem” (Kobieta i życie nr 33 z 17.08.1980 r.).(…)

O pieśniach Szeluty i o muzycznych uzależnieniach

z mezzosopranistką Aleksandrą Kamińską rozmawia Arkadiusz Jędrasik

Kiedy postanowiła pani poświęcić życie muzyce, zostać profesjonalną śpiewaczką?
Śpiewam odkąd pamiętam. Pochodzę z małego miasteczka – z Szadku – w województwie łódzkim. To właśnie tam będąc uczennicą szkoły podstawowej już od pierwszej klasy odkrywałam przyjemność śpiewania. Później była Szkoła Muzyczna I stopnia w Zduńskiej Woli, w której moja ówczesna nauczycielka fortepianu i emisji głosu – pani Bożena Drobniewska zachęciła mnie do śpiewu klasycznego. Jako nastolatka śpiewałam również trochę muzyki rozrywkowej, poezji śpiewanej czy piosenki kabaretowej. Jednak klasyka ma to do siebie, że jak się jej raz „dotknie” to uzależnia na całe życie. Żaden inny gatunek wokalny nie pozwala tak oddać emocji. Z początkiem liceum rozpoczęłam lekcje śpiewu u jednej z największych diw sceny operowej w Polsce – u pani prof. Krystyny Rorbach i dzięki spotkaniom z nią już nie wyobrażałam sobie wyboru innej drogi zawodowej niż opera…

Życie sztuką nie należy do najłatwiejszych…
Dla mnie mój zawód to ponad wszystko pasja i chęć dzielenia się emocjami, słowem czy grą aktorską z innymi. Owszem, żyć ze sztuki w dzisiejszych czasach to duże wyzwanie. Świetnych śpiewaków jest coraz więcej, a etatów w teatrach prawie w ogóle. Ale nie jest to też rzecz niemożliwa. To czasy dla artystów kreatywnych i odważnych. Trzeba mieć pomysł na siebie, dużo wiary, optymizmu i być konsekwentnym.(…)

Dziesięć lat Sinfonietty Polonii

Maestro Cheung Chau, założyciel i dyrektor orkiestry Sinfonietta Polonia rozmawia z Markiem Zaradniakiem z Głosu Wielkopolskiego

Sinfonietta Polonia istnieje już 10 lat. Które momenty były najważniejsze dla pana i orkiestry?
Każda chwila mojej pracy z orkiestrą jest dla nas bardzo ważna. Niektóre projekty były ważniejsze dla rozwoju artystycznego młodych członków orkiestry, inne ze względu na różne grupy słuchaczy, a jeszcze inne dla uczczenia wydarzeń historycznych, czy ze względu na promocję Poznania i muzyki polskiej za granicą. Z dzisiejszej perspektywy do najważniejszych należałoby zaliczyć premierę i 7 spektakli w 2014 r. widowiska operowo-baletowo-akrobatycznego Alicja w krainie czarów w reżyserii Anny Niedźwiedź do muzyki Gabriela Kaczmarka, realizowane we współpracy z Teatrem Wielkim w Poznaniu, Szkołą Baletową Anny Niedźwiedź, Szkołą Sztuki Tańca i Artystyczno-Akrobatyczna i Chóralną J. Kurczewskiego. To był wielki sukces, a następne spektakle odbędą się w kwietniu 2015 r. Występ Sinfonietty Polonii w Großer Sendesaal Rundfunks Berlin-Brandenburg i na Międzynarodowym Festiwalu Karola Szymanowskiego w Pekinie, 2 trasy koncertowe w Chinach (2009 i 2011), to kolejne ważne punkty w naszej historii. Gala operowa w Pekinie w 2011 r. była retransmitowana czterokrotnie na cały kraj przez największą chińską stację telewizyjną CCTV. Wraz z Sinfoniettą Polonią prezentowaliśmy po raz pierwszy w Auli UAM w Poznaniu chińską muzykę symfoniczną. Mamy też na naszym koncie szereg prawykonań – m.in. Leszczyńskiej Wieży Babel Marcina Hermana, wspomnianej już Alicji w krainie czarów i polską premierę Pieśni o ziemi Gustava Mahlera z oryginalnymi chińskimi tekstami.

Jak zmieniła się orkiestra. Kiedy powstała, mówiło się, że jest to najmłodsza orkiestra w Poznaniu.
Dziś Sinfonietta Polonia nie jest już najmłodsza, ale jest przecież ciągle młoda. Ma dopiero 10 lat. Wypracowaliśmy szczególny profil orkiestry projektowej, regularnie wyjeżdżającej w trasy koncertowe, prezentując swoje projekty nie tylko w dużych miastach, ale też docierając do mieszkańców mniejszych ośrodków. Najmłodsi członkowie Sinfonietty Polonii, to studenci Akademii Muzycznej. Cenię w muzykach, z którymi pracuję, ich wkład własny, entuzjazm, wiedzę i doświadczenie. Staram się dać im wolność ekspresji, ufam w ich talent oraz szanuje ich warsztat. Nieodzowną podstawą tworzenia wspólnego brzmienia i interpretacji jest podejście oparte o muzykowanie kameralne. Na to kładę duży nacisk. Wielu członków orkiestry uważam za przyjaciół. Zaczynali jako studenci. Dziś są „weteranami”, po wygranych przesłuchaniach do orkiestr symfonicznych czy operowych, uczelni i szkół muzycznych. Dostrzegam i cenię rozwój poszczególnych muzyków. Ci, którzy jeszcze studiują, mają świetnych pedagogów i odnoszą wiele sukcesów na konkursach muzycznych. Aktualnie większość naszych członków to w pełni profesjonalni, doświadczeni muzycy. Dla najmłodszych członków orkiestra jest platformą, z której zaczynają swoją profesjonalną karierę.

Alison Bolsom. Brytyjska trębaczka z francuską duszą

Maria Ziarkowska

W materiałach prasowych czytamy: „Jeśli kochasz romantyczną, lekką muzykę przepojoną duchem Paryża. To jej najnowsza płyta zatytułowana Paris sprawi, że trudno będzie Ci się z nią rozstać!”. Alison Balsom – sensacyjna brytyjska trębaczka udowadnia, że ma iście francuską duszę.
Jedna z najbardziej pożądanych osobowości świata muzyki poważnej – brytyjska trębaczka, ulubienica BBC Proms Alison Balsom najnowszą solową płytą dzieli się z nami swoją miłością do Paryża. Po tym, jak została pierwszą Brytyjką, która wygrała prestiżową nagrodę Artysta Roku magazynu Gramophone, Alison wniosła swój wdzięk, spokój i porywającą wirtuozerię do Paryża w wyborze kompozycji napisanych w nim lub inspirowanych tym najbardziej romantycznym spośród wszystkich miast świata.

Legendy Polskiej Wokalistyki (40) - Aleksandra Stromfeld-Klamrzyńska

Adam Czopek

Ta znakomita artystka nie urodziła się co prawda w Kielcach, ale w tym mieście osiadła po zakończeniu bogatej międzynarodowej kariery. Tutaj od 1919 r. prowadziła prywatne lekcje śpiewu, tutaj też zmarła 31 marca 1946 r. Nie ma zgodnej opinii o dacie i miejscu jej urodzenia, jedne źródła podają, że przyszła na świat 26 maja 1856 r. w Tykocinie, inne, że stało się to w Łomży w roku 1859. Była córką Sylwestra Szumińskiego i Emilii z Michałowskich. Po śmierci pierwszego męża wyjechała do Warszawy, gdzie zaczęła się uczyć najpierw gry na fortepianie, później śpiewu. Jako śpiewaczka była uczennicą Tytusa Mikulskiego w Warszawskim Instytucie Muzycznym oraz Józefiny Reszke, u której pobierała lekcje prywatne. Później studiowała u Lampertiego w Mediolanie i D. Artôt de Pedilla w Paryżu. Szlifowała też wokalną formę pod okiem pochodzącej z Kielc Teodozji Fiderici-Jakowickiej, a w Petersburgu u Trombiniego.(…)

Vincenzo Bellini (1). Mistrz romantycznego belcanta

Adam Czopek

Urodzony w sycylijskiej Katanii 3 listopada 1801 r. Vincenzo Bellini rozpoczął muzyczną edukację w rodzinnym domu mającym długie i bogate tradycje muzyczne. Jego dziadek Vincenzo Tobbia studiował muzykę w Neapolu, później przez lata był organistą i nauczycielem muzyki w Katanii. Ojciec Rosario Bellini był również muzykiem, zajmował się kompozycją i przez lata piastował w rodzinnym mieście stanowisko maestro di capella.
To dlatego pierwsze kroki w muzycznej edukacji stawiał Vincenzo w rodzinnym domu, gdzie pod okiem ojca pobierał pierwsze lekcje gry na fortepianie. Dziadek ukierunkowywał jego kompozytorskie próby, pierwsza Gallus Cantavit pochodziła już z 1807 r. Później, od 1819 r., studiował w neapolitańskim Real Conservatorium di Musica – Collegio San Sebastiano najpierw u Giovanniego Furna, później u Carla Contiego i Nicoli Zinagarellego. Temu ostatniemu zawdzięczał gruntowną znajomość dzieł Haydna i Mozarta. Studia umożliwiło mu specjalne stypendium, jakie przyznała mu na wniosek księcia Sanmarino Rada Miejska w Katanii. Również w Neapolu obejrzał w 1824 r. najnowszą inscenizację Semiramidy Rossiniego, co okazało się punktem zwrotnym w jego życiorysie, postanowił bowiem, że swoje życie twórcze poświęci operze, która istotnie szybko stała się dla niego sensem twórczego życia. Już rok później zaprezentował światu swoje pierwsze dzieło – operę Adelson i Salvini. Jej wykonanie 12 stycznia 1825 r. na scenie neapolitańskiego konserwatorium (Teatrino del Collegio San Sebastiano), którego był jeszcze studentem przyniosło młodemu Belliniemu sukces na tyle głośny, by otrzymać zamówienie na kolejną operę.(…)

Beethoven. Radio Days. – Nelson Freire opowiada o swoich najnowszych płytach

Brazylijski pianista Nelson Freire 18 października świętował 70. urodziny. To dobra okazja do kolejnego tournée po świecie, a także do wydania dwóch nowych albumów. Pierwszy inicjuje wydanie kompletu koncertów fortepianowych Beethovena nagranych w lipskim Gewandhausie z Riccardem Chaillym, drugi to album podwójny z koncertowymi nagraniami radiowymi zatytułowany Radio Days. Poniżej publikujemy rozmowę z pianistą o jego najnowszych wydawnictwach płytowych.(…)

Oskar Kolberg. Kujawiaka czas zacząć!

z wybitną pianistką Joanną Ławrynowicz o muzyce Oskara Kolberga rozmawia Arkadiusz Jędrasik

Podczas naszej ostatniej rozmowy tylko delikatnie zaanonsowaliśmy wydanie płyty z muzyką fortepianową Oskara Kolberga. Gdy się dzisiaj spotykamy płyta już jest. To pierwsza na świecie płyta z muzyką fortepianową tego polskiego kompozytora. Dlaczego sięgnęła pani tym razem po tak zapomnianą muzykę?
Wybory, których dokonywałam nagrywając kolejne płyty, są efektem współpracy z firmą fonograficzną Acte Préalable, której ideą jest przywracanie do życia twórczości tych rodzimych kompozytorów, którzy nie mieli tyle szczęścia, żeby zaistnieć, jak nasz król fortepianu Fryderyk Chopin. Kolejne projekty traktuję jako swoistą misję ratowania narodowej spuścizny od zapomnienia. Kolberg jest dla mnie przede wszystkim badaczem i zbieraczem folkloru. Dzięki niemu mamy dziś bogate archiwum muzyki ludowej, która nie utrwalona, nie przetrwałaby do naszych czasów. Myślę, że choćby z tego tylko powodu warto jest odkryć drugi nurt aktywności Kolberga, czyli ogromnych rozmiarów dorobek kompozytorski. Dodatkowo Oskar Kolberg okazał się być przodkiem producenta pana Jana A. Jarnickiego, co sprawiło, że projekt ten potraktowałam
w sposób priorytetowy.

Ta najnowsza płyta pokazuje, że Oskar Kolberg to nie tylko etnograf
i zbieracz, badacz i archiwista polskiego folkloru, ale też bardzo zdolny kompozytor…Starałam się przedstawić kompozycje Oskara Kolberga w jak najbarwniejszy sposób, aby miały szansę spodobać się jak największej liczbie odbiorców.(...)

Operowy bieg na sto metrów

o doświadczeniach związanych z rolą Gildy z Aleksandrą Kurzak rozmawia Agnieszka Okońska

W repertuarze Aleksandry Kurzak partia Gildy ma od dawna stałe miejsce. Artystka wykonuje ją od kilkunastu lat i wciąż zalicza do swych najbardziej ulubionych. Występowała już w Rigoletcie na wielu wspaniałych scenach, a w tym sezonie po raz pierwszy w swej ukochanej Królewskiej Operze Covent Garden. (…)

Nasze Boże Narodzenie

mówią Renée Fleming i Thomas Quasthoff

Renée Fleming: Jest coś magicznego w Nowym Jorku w okolicach Bożego Narodzenia. Połączenie różnych kultur wspólnie świętujących jest czymś wzruszającym i jedynym w swoim rodzaju. Każdy, bez względu na to skąd pochodzi, docenia to wszystko, co czyni to miasto tak specjalnym w tym okresie. Muzyka dochodzi ze wszystkich miejsc, od Cental Parku poprzez Radio City Music Hall aż po Greenwich Village i podkreśla niesamowitą atmosferę tej pory roku i Bożego Narodzenia.(...)

Thomas Quasthoff wspomina święta Bożego Narodzenia z dzieciństwa: Śpiewanie w naszym domu przejął adapter. Można w nim było ułożyć 10 singli i urządzenie to odtwarzało je wszystkie po kolei. Słuchałem ich ciągle, gdy moja matka była na zakupach. W Boże Narodzenie słuchano najczęściej płyt z dźwiękami dzwonów i niemieckich kolęd. Ojciec kochał Rudiego Schurika, ale słuchaliśmy także Binga Crosby’ego. Później śpiewałem w chórze kościelnym, to był początek mojej kariery śpiewaka, ale moje prawdziwe Boże Narodzenie niekoniecznie jest związane z kościołem.(...)

Carl Adolf Lorenz. W poszukiwaniu zapomnianych mistrzów

Krystyna Rypniewska

Carl Adolf Lorenz, niemiecki kompozytor, organista i pedagog muzyczny urodził się w Koszalinie 13 sierpnia 1837 r., zmarł w Szczecinie 3 marca w roku 1923. W ten sposób zaczynają się najczęściej nieliczne wzmianki o tym ciągle jeszcze mało znanym koszalińskim mistrzu, ważnej postaci przedwojennego życia muzycznego Koszalina, a potem Szczecina.(...)

DZIEŁO

Andrzej Panufnik. Tam i z powrotem (VI) – Zgodnie z naczelnym prawem Niebios. Utwory wokalne i wokalno-instrumentalne

Dorota Staszkiewicz

Dwa i pół tysiąca lat temu Platon oświadczył, że Bóg jest geometrą. Jesteśmy symetryczni, chociaż nie jest to symetria dokładna, a w otaczającym nas świecie rozpoznajemy paralelne struktury przyrody. Nic dziwnego, że Andrzej Panufnik – wyznawca symetrii – powiedział, że pisanie muzyki jest dla niego jak modlitwa. Powszechna, ekumeniczna, do Boga ludzi wszystkich ras i religii – jak w Universal Prayer, albo bardzo osobista, do Matki Boskiej Skępskiej – „panny pochylonej nad grzechem”, wybaczającej rysy na idealnym wyobrażeniu człowieka o sobie samym. „Bóg i kompozytor dają pozwolenie na popełnienie błędu – to właśnie te niewielkie niedoskonałości pozwalają dostrzec wewnętrzne piękno, ludzki wymiar ideału”. Według Wojciecha Michniewskiego muzyka Andrzeja Panufnika wywołuje u słuchacza emocje dzięki skrzyżowaniu ostentacyjnej prostoty z drobnymi deformacjami rzeczy pozornie oczywistych. „To tak, jakby w odbiciu człowieka w lustrze zamiast jakiejś brutalnej deformacji typu, powiedzmy, krzywego zwierciadła, sprokurować tylko drobne zniekształcenie – działa to podobnie, jak maleńka skaza na idealnej twarzy pięknej kobiety, dzięki której piękno tej kobiety wydaje się jeszcze bardziej interesujące” – mówi Michniewski w rozmowie opublikowanej w najnowszej książce Beaty Bolesławskiej-Lewandowskiej Panufnik. Architekt emocji (Kraków, 2014). (...)

MYŚLI

Dziś prawdziwych producentów i wydawców już nie ma

z producentem muzycznym i wydawcą Janem A. Jarnickim rozmawia Arkadiusz Jędrasik

Dziś prawdziwych producentów i wydawców już nie ma

z producentem muzycznym i wydawcą Janem A. Jarnickim rozmawia Arkadiusz Jędrasik

Założone przez pana wydawnictwo Acte Préalable skończyło 18 lat. Umownie rzecz ujmując osiągnęło dorosłość. Na początku działalności określono pana przewrotnie mianem „tygrysa polskiej płyty”. Jak pan dziś patrzy na rolę producenta muzycznego i odkrywcy wielu skarbów muzycznych polskich i europejskich?
Zębów nie straciłem, nie wyleniałem... W dzisiejszych czasach nie ma już chyba producentów muzycznych. Firmy płytowe przestały być wydawnictwami z prawdziwego zdarzenia, stały się firmami nakładowymi, coś na wzór drukarni. Drukarz nie patrzy na to, co mu klient zleca, drukuje wszystko, natomiast sam nie wymyśla niczego. Z firmami płytowymi stało się podobnie. W Polsce nie ma już żadnego wydawnictwa płytowego – wszystko są to firmy produkujące płyty na zlecenie – a poza Polską istnieje może kilka prawdziwych wydawnictw, ale większość, nawet tych najsłynniejszych, najbardziej renomowanych, też stało się zwykłymi usługodawcami, którzy wydadzą płytę każdemu, kto odpowiednio zapłaci.
Dla mnie producent muzyczny i płytowy to ktoś, kto potrafi wymyśleć repertuar, znaleźć go, zainteresować nim muzyków, nagrać i wydać. Przy okazji potrafi również zapewnić im promocję. Przez ostatnie 18 lat tak właśnie czynię. Dzięki moim staraniom dziesiątki, a nawet setki kompozytorów i wykonawców zaistniało w świadomości melomanów. I moją rolą jest realizowanie tego dopóki sił starczy… Jeśli sytuacja zmusi mnie do bycia tylko firmą nakładową, zakończę moją działalność wydawniczą. Moje wydawnictwo ma własne projekty, własne serie wydawnicze, promuje kompozytorów, promuje wykonawców. Żadna z polskich firm wydających płyty z muzyką poważną tego nie czyni.

W swojej działalności oprócz płyt, postanowił pan założyć i przez kilka lat wydawać miesięcznik poświęcony muzyce poważnej i promocji artystów oraz płyt – Muzyka21…
O ile wydawanie płyt było dla mnie realizacją moich marzeń, moją pasją, o tyle Muzyka21 powstała tylko dlatego, że osoby – wydawać by się mogło, ode mnie bardziej kompetentne – nie potrafiły sobie poradzić z wydawaniem pisma dla melomanów.
W roku 1999 zniknęły z rynku dwa efemeryczne pisma dla melomanów. Na placu boju pozostał Ruch muzyczny. I tak, w drugim roku istnienia mojego wydawnictwa płytowego okazało się, że nie ma gdzie reklamować i promować muzyki poważnej. We współczesnym świecie, nawet tak chodliwe towary, jak wódka czy papierosy, potrzebują reklamy. I tak to się zaczęło, tak to trwa, bez niczyjej pomocy, dzięki zebranej przeze mnie przez te wszystkie lata ekipie znakomitych ludzi, którzy tworzą już tyle lat miesięcznik Muzyka21.

Ten rok w działalności pana firmy był bardzo ważny. Zrealizował pan kilka ważnych projektów: muzyka kameralna Dobrzyńskiego, kameralna i fortepianowa Maliszewskiego i dzieła symfoniczne Józefa Wieniawskiego. Dobrzyński i Wieniawski zostali świetnie przyjęci na świecie… To duże sukcesy w przywracaniu muzyki polskiej do powszechnej dostępności…
Z mojego punktu widzenia to rzeczywiście ogromne sukcesy. Ale polskie środowisko muzyczne absolutnie nie jest zainteresowane tymi płytami i sukcesami swoich kolegów i koleżanek. Polskich mediów – w tym radiowej Dwójki (która podobno ma misję, a ja pytam: jaką?), która domaga się, by wszyscy na nią płacili abonament – te płyty wcale nie interesują. Szkoda, że w radiowej Dwójce nie ma miejsca na polskie muzyczne skarby, które odkrywają polscy artyści w Acte Préalable. O ile można zrozumieć niechęć do zapomnianych twórców – przecież to takie logiczne: zapomniany, a więc kiepski – o tyle jak wyjaśnić blokowanie dostępu do mediów polskim, żyjącym artystom? Państwo wydaje ogromne pieniądze na kształcenie muzyków, a gdy już ci muzycy zdobędą dyplom, okazuje się, że zatrudniani za państwowe pieniędze decydenci nie są nimi zainteresowani. Cenzura podobno została zlikwidowana w 1989 r. W Radiowej Dwójce trwa nadal!
Na szczęście istnieje ogromne zapotrzebowanie na muzykę polską w świecie. I to daje mi ogromną satysfakcję. Bez żadnych koneksji udało mi się zainteresować polską muzyką państwowe i prywatne rozgłośnie meksykańskie, kanadyjskie, francuskie, argentyńskie, a z polską Dwójką, jedyną rozgłośnią polską zajmującą się muzyką poważną, jakoś nie idzie. Ludzie kontaktują się ze mną z Japonii, Australii, USA, Argentyny, Meksyku, by kupić te znakomite nagrania, by otrzymać ode mnie nuty nagrywanych przez nas utworów. I tylko Polaków wśród nich brak, czy to z kraju, czy też z emigracji...

Ważne miejsce w pana dokonaniach zajął Józef Wieniawski…
Gdy rozpoczynałem działalność wydawniczą, nic nie wiedziałem o tym kompozytorze. Słyszałem, że jego twórczość zaginęła, jest trudno dostępna, wtórna, słaba…. I jak zawsze okazało się to nieprawdą. Twórczość ta jest łatwo dostępna, nie zaginęła i jest znakomita. Dotychczas nagrałem trzy płyty – dwie z muzyką fortepianową i jedną z muzyką symfoniczną. Dalsze są w przygotowaniu. Mam nadzieję, że uda mi się nagrać dzieła wszystkie tego twórcy do 2017 r. z okazji 180. rocznicy jego urodzin, tak jak udało mi się zrealizować, we współpracy z Filharmonią Lubelską, premierę jego Symfonii z okazji 100. rocznicy śmierci. I oczywiście zrobię to bez względu na to, że władze państwowe nie widzą żadnej potrzeby we wspieraniu mojej działalności.

A jak pan zdobywa te wszystkie partytury… np. Dobrzyńskiego, Maliszewskiego czy Józefa Wieniawskiego?
Dla chcącego nic trudnego – głównie siedząc w domu przed monitorem mojego komputera zdobyłem właściwie całą spuściznę po Józefie Wieniawskim. W ten sam sposób zdobyłem większość dzieł Maliszewskiego, mnóstwo utworów Dobrzyńskiego. O wielu kompozytorach krążą niesprawdzone informacje, jakoby ich twórczość zaginęła, a ja ją mam i czekam na okazję, by nagrać i wydać na płytach. Chciałbym również publikować te białe kruki w postaci partytur, ale nie ma dla kogo tego robić – nikogo to nie interesuje. Polskie szkoły nie nauczają muzyki polskiej, polskie instytucje koncertowe tej muzyki nie grają. Opowieści o zniszczeniu spuścizny po naszych twórcach w czasie wojen należy włożyć między bajki. One mają za zadanie usprawiedliwić lenistwo intelektualne osób, które powinny z racji wykształcenia tym się zajmować.
Oczywiście, czasami napotykam na trudności ze strony bibliotek. Tak było np. z utworami Zygmunta Noskowskiego czy Józefa Wieniawskiego znajdującymi się w bibliotece Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego, których WTM za żadne pieniądze nie chciał udostępnić. Ale i tak je znalazłem, natomiast WTM, który co i raz jest dotowany z budżetu, nie zarobił nic na ich udostępnieniu. Teraz „walczę” z biblioteką w Czechach, która nie chce udostępnić partytury pewnego kompozytora polskiego. Ale nie tracę nadziei. Ogólnie jednak biblioteki stają się coraz bardziej przyjazne i coraz częściej udostępniają swoje zbiory, nawet za darmo. Wystarczy więc tylko chcieć.

To w Acte Préalable twórczość Oskara Kolberga po raz pierwszy weszła do światowej fonografii. Ten akurat kompozytor zainteresował pana ze względów rodzinnych…
Brat Oskara Kolberga, Antoni, malarz znany choćby z namalowania ostatniego portretu Chopina, był moim prapradziadkiem. Moją praprababką była jego pierwsza żona, Eleonora Marconi, córką wybitnego architekta Henryka Marconiego. Skoro zajmuję się spuścizną po twórcach zapomnianych, tym bardziej musiałem coś zrobić dla Oskara.
W lutym tego roku zaprezentowaliśmy pierwsze w historii nagranie jego muzyki poważnej – album z pieśniami. Ostatnio wydaliśmy, znów po raz pierwszy w historii fonografii, płytę z jego muzyką fortepianową w znakomitym wykonaniu Joanny Ławrynowicz. Nikt tak znakomicie nie przywraca do życia zapomnianych arcydzieł naszej pianistyki, jak właśnie ona.

A twórczość Amerykanina Michaela Kimbera? Już ukazała się 4 płyta…
I będą kolejne. Tu akurat największą zasługę ma altowiolista Marcin Murawski, który nie tylko jest zafascynowany twórczością tego Amerykanina, ale jeszcze potrafił mnie tą fascynacją zarazić. Płyty te to prawdziwy ewenement, i to na skalę światową. Wybitny muzyk i pedagog zaprosił do nagrania swoich uczniów dając im ogromną szansę do zaistnienia na rynku fonograficznym i do poznania tajników nagrywania. Marcin Murawski powinien być przykładem dla innych pedagogów… ale w Polsce to marzenie ściętej głowy. I jeszcze jedno jego osiągnięcie warte zauważenia – zainteresował Michaela Kimbera muzyką polską, czego rezultatem są znakomite Wariacje na temat „Ty pójdziesz górą” na altówkę i orkiestrę utrwalone na ostatniej płycie.

W tym roku pojawiło się w pana katalogu wiele ciekawych płyt, w tym komplet dzieł Cypriana Bazylika z Sieradza, twórczość Apolinarego Szeluty, Joanny Bruzdowicz, Juliusza Łuciuka i premierowe nagranie Kwintetu smyczkowego Krzysztofa Pendereckiego…
Te nagrania powstały dzięki znakomitym artystom, którzy ze swoimi pomysłami przyszli do mnie a ja ich wsparłem. Jestem otwarty na wszystkich muzyków, wszelkie ambitne projekty dotyczące muzyki z całego świata, nie tylko z Polski. Współpraca z nimi to prawdziwa przyjemność, gdyż są takimi samymi pasjonatami, jak ja. Cóż może być przyjemniejszego, niż światowa premiera znakomitych utworów?! Nawet w przypadku tak popularnego kompozytora, jak Krzysztof Penderecki udało się, głównie dzięki Kwintetowi Śląskich Kameralistów, dokonać światowej premiery fonograficznej jego Kwintetu.

Wróćmy do początków pana działalności. Wielkim pana sukcesem i odkryciem była muzyka Thomasa Tellefsena. Wszystko zaczęło się od pana pomysłu i nagrań polskiej pianistki Małgorzaty Jaworskiej…
O Tellefsenie dowiedziałem się przez przypadek w roku 1999 od znajomego pani Jaworskiej. Ten przyjaciel Chopina od razu mnie zainteresował i gdy pani Jaworska koncertowała w Warszawie, zaproponowałem jej byśmy wspólnie przywrócili do życia tego twórcę. I tak się stało. Dzięki niej Norwegowie mogli dowiedzieć się, że mieli znakomitego kompozytora przed Griegiem.

Pozwolił pan zaistnieć wielu młodym artystom na rynku płytowym. Pańska pomoc był dla nich przysłowiową trampoliną do sukcesu…
Od samego początku nie stroniłem od młodych artystów. Wręcz przeciwnie. Odkrywając polską muzykę chcę dawać młodym szansę zaistnienia. Nie zawsze to się udaje. Wciąż pokutuje przekonanie, podtrzymywane przez starsze pokolenie muzyków, że aby zaistnieć, trzeba nagrać recital albo płytę składankę poświęconą Mozartowi, Beethovenowi, Chopinowi, Czajkowskiemu, Brahmsowi… Tak jakby na rynku nie istniały setki takich nagrań w wykonaniu najlepszych z najlepszych artystów za przysłowiowe parę złotych. Aby zaistnieć, trzeba zaoferować coś nowego, odkrywczego, a czymś takim na pewno nie jest recital składający się z hitów grany przez nikomu nieznanych artystów.
Wśród moich odkryć jest np. znakomity dyrygent, Łukasz Borowicz, który w moim wydawnictwie stawiał pierwsze kroki. Jego znakomite nagranie dzieł Lessla i Kurpińskiego z roku 2000, które w całości sfinansowało moje wydawnictwo, do dziś jest bardzo dobrze odbierane przez melomanów, jest to jeden z najlepiej sprzedających się krążków z mojego katalogu. Warto dodać, że uczestniczył on również w pracach przy zakładaniu miesięcznika Muzyka21. Spędziliśmy wiele godzin na dyskusjach o muzyce. Mogę bez żadnej przesady stwierdzić, że wprowadziłem go w świat muzyki polskiej, twórców takich jak Lessel, Kurpiński, Dobrzyński, Noskowski, Statkowski… Pomogała w tym niewątpliwie moja niezwykle bogata kolekcja nagrań. Wziąwszy pod uwagę, jak daleko zaszedł, moja intuicja nie zawiodła, a inwestycja opłacała się. Katalog płyt Acte Préalable to prawie 350 płyt. Trudno wymienić wszystkich, którym pomogłem zaistnieć na rynku muzycznym, ale są to dziesiątki utalentowanych artystów i kompozytorów.
Jednocześnie nie zapominałem o doświadczonych artystach. Jeden z pierwszych zrealizowanych w moim wydawnictwie albumów był nagrany z Kwartetem Wilanów
i zapoczątkował naszą wieloletnią współpracę. Również już na początku mojej działalności nawiązałem współpracę z takimi artystami jak: Andrzej Wróbel, Ełżbieta Gajewska, Anita Krochmalska, Joachim Grubich, Konstanty Andrzej Kulka, Juliusz Łuciuk, Paweł Łukaszewski, Romuald Twardowski, czy niedawno Bożena Harasimowicz, której płytę wydałem kilka dni temu. Nie mam uprzedzeń, jestem otwarty na każdego, z każdym chętnie nawiążę współpracę.
Muszę dodać, że zajmując się miesięcznikiem Muzyka21, dałem szansę wielu zdolnym, młodym autorom zaistnienia na naszych łamach, którzy teraz robią kariery w innych instytucjach kultury. Można uznać, że Muzyka21 stała się „kuźnią talentów” polskiego piśmiennictwa muzycznego. Jednocześnie cały czas nowi, renomowani i jednocześnie ambitni autorzy, nawiązują współpracę
z pismem, choć nie mając dotacji, możemy im zapewnić apanaże porównywalne z tymi niemieckiego renomowanego kwartalnika Musiktexte.

Był też konkurs na projekt nagraniowy „Zapomniana muzyka polska”. To był swoisty ewenement na rynku – nagroda warta kilkadziesiąt tysięcy zł i promocja w ogólnopolskim miesięczniku dla melomanów. Niektórzy laureaci poszli dalej, inni nie spożytkowali efektywnie debiutu płytowego…
Na pewno ten konkurs nie spełnił wszystkich nadziei w nim pokładanych. Może dlatego, że gdy go ustanowiłem 12 lat temu za mało jeszcze znałem środowisko. Założenie konkursu było bardzo proste: debiutant w branży fonograficznej przedstawia płytę demo oraz proponuje repertuar spełniający założenie konkursu czyli zapomniany repertuar polski lub z polską związany należący do domeny publicznej, najlepiej poświęcony jednemu kompozytorowi. Niestety, po otrzymaniu zgłoszeń odniosłem wrażenie, że tak sformułowane kryteria są niezrozumiałe dla większości. Początkowo otrzymywałem wiele zgłoszeń w większości proponujących recitale nie spełniające założeń konkursu. Wielu bardzo dobrych artystów odpadło tylko dlatego, że proponowali nagrać dzieła żyjącego kompozytora, albo recital, w którym na dziesięciu kompozytorów tylko jeden był Polakiem, na dodatek raczej nie zapomnianym (Chopin, Paderewski, Szymanowski, czy nawet Lutosławski, Meyer albo Dębski).
Wydawało mi się oczywistym, że gdy zaproponuję sfinansowanie nagrania albumu, a następnie jego i artystów promocję oraz dystrybucję w Polsce i na świecie, chętnych będzie wielu, wszyscy ruszą do odgrzebywania zapomnianych partytur. Nic z tych rzeczy. Otrzymywałem zgłoszenia zawierające spis utworów znalezionych w leksykonach bez sprawdzenia czy nuty są dostępne. Zdarzało mi się wspierać laureatów mojego konkursu nutami z moich zbiorów.
Odbyło się dziesięć konkursów, trzech laureatów nie skonsumowało nagrody, jeden konkurs nie wyłonił laureata, z pozostałych zdobywców Grand Prix mojego konkursu, tylko jeden kontynuuje działalność odkrywczą. Reszta, niestety, gdzieś się zapodziała.
Dlatego też po 10 latach na razie dałem sobie spokój z konkursem. Osoby wartościowe albo sam odkryję, albo one mnie znajdą. Mój czas jest zbyt cenny, by go tracić dla osób, które nie doceniają tego co się dla nich robi.

Na jakie trudności natrafia pan w swojej działalności?
Niechęć polskiego środowiska muzycznego. Brak możliwości promocji odkrywanych przeze mnie kompozytorów poza Muzyka21, brak możliwości prezentowania artystów, którzy poświęcili swój czas na odkrywanie zapomnianych skarbów muzyki polskiej. Nie wierzę, bym się kiedykolwiek dowiedział, co takiego jest w muzyce Witolda Maliszewskiego wykonanej przez kwartet Four Strings ze Śląska, że ani Polskie Radio, ani Ruch muzyczny nie są nimi i ich odkryciami zainteresowani. Dotyczy to oczywiście wszystkich płyt, które wydaję. Radio we Francji, Kanadzie, Belgii, Japonii, Meksyku, Argentynie potrafi wyemitować płyty z mojego katalogu, podaje informację dotyczącą kompozytorów, wykonawców i wydawnictwa, a w radiowej Dwójce, nawet jak wyemitują muzykę z moich płyt, to nazwa wydawnictwa nie przechodzi przez gardło redaktorów. Zresztą tak samo jest z pismem Muzyka21. Choć ukazuje się 15 lat, jako jedyne w Polsce nigdy żadnej dotacji nie dostało, a przecież wyszło już ponad 170 numerów. Wszyscy udają, że nas nie ma. Parę miesięcy temu na falach Dwójki wielka dama opery Ewa Podleś wypowiadając się o przekształceniach w Ruchu muzycznym wyjątkowo pozytywnie wypowiedziała się o Muzyka21 i zarekomendowała miesiecznik z najwyższym uznaniem. Ale ona nie jest pracownicą Dwójki!
Nie wiem czy to powód do dumy, ale moje wydawnictwo jako jedyne, jest permanentnie ignorowane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Bez względu na to jaki złożę wniosek: z muzyką zapomnianą czy ogólnie znaną, z wykonawcami debiutującymi czy artystami klasy światowej, zawsze są odrzucane. Przy okazji nasuwa się refleksja. Po pierwsze, po co permanentnie dotuje się tych samych uznanych kompozytorów i wykonawców? Po drugie, jak komisja kwalifikująca może poprawnie ocenić wniosek dotyczący premiery światowej jakiegoś nieznanego kompozytora, czekającego dopiero na odkrycie? Gdyby Schliemann poprosił MKiDN o dotację na odkrycie Troi, do dziś nikt nie wiedziałby, gdzie ona się znajduje! Tylko czy pracownicy MKiDN mają potrzebę taką wiedzę posiąść?

Co pan sądzi o przyszłości fonografii?
Koniec płyty kompaktowej jest przepowiadany od początku tego tysiąclecia. Na szczęście nadchodzi on wolniej, niż zapowiadano, ale jest nieuchronny. Pierwszym powodem jest piractwo zainicjowane przez twórców płyty CD, którzy byli jednocześnie wydawcami. To oni najpierw przekonali wszystkich wydawców i konsumentów, że ich wynalazek jest dużo lepszy od tradycyjnej płyty winylowej, a następnie udostępnili całemu światu środki do kopiowania płyt CD. Oczywiście, wcześniej istniały magnetofony, ale były to urządzenia drogie, dobra taśma była dużo droższa od płyty, czas kopiowania był równy czasowi trwania nagrania, a jakość gorsza od oryginału. Dziś za kilkadziesiąt złotych kupujemy napęd CD-ROM, podłączamy do komputera i w przeciągu kilku minut przegrywamy płytę wartą kilkadziesiąt złotych na nośnik wart mniej niż złotówkę, zachowując przy tym jakość identyczną do oryginału. Kolejnym powodem to Internet, w którym można znaleźć, i to za darmo, właściwie wszystkie wydane kiedykolwiek płyty, czasem nawet przed ich premierą. Nie bez winy są sklepy płytowe. Kiedyś były zawalone płytami a pracujący w nich sprzedawcy potrafili godzinami opowiadać o różnych nagraniach, porównywać wykonania, rekomendować to czy tamto. Dzisiaj w sklepach często są puste półki, brak towaru, brak należytej ekspozycji, personel całkowicie nie zna się na tym co sprzedaje, nie wie nawet skąd zamówić płyt, których nie mają na stanie, a Czajkowskiego ustawiają na półce pod literą „T”. Nie bez winy są sami wydawcy i artyści. Ci pierwsi jakby opadli na siłach. O ile lata 1990–2005 to był okres wielkich odkryć i dokonań, o tyle teraz wydaje się znów tylko najbardziej popularny repertuar. Artyści natomiast, przez lata żyjący w symbiozie z wydawnictwami, postanowili pójść na własne. Nie dziwi to, bo po co się dzielić z wydawcą pieniędzmi sponsora. Ale dla przeciętnego melomana jest to ruch w złą stronę. Co z tego, że London Symphony Orchestra postanowiła sama wydawać swoje nagrania? Po pierwsze są to nagranie repertuaru ogólnie znanego, który każdy ma, często w nieporównanie lepszych interpretacjach i za ułamek cen proponowanej przez LSO. Poza tym, gdzie kupić te płyty, skoro sklepy już nawet tych najbardziej renomowanych wydawnictw nie chcą mieć na stanie? Dałem przykład wydawnictwa LSO, które wydaje stosunkowo dużo płyt. Ale istnieją przecież artyści, którzy pozazdrościli wydawcom ich życia „usłanego różami”, wydają jedną czy dwie płyty na trzy lata, a później nawet nie szukają możliwości ich sprzedaży.
Mam jednak nadzieję, że zostało jeszcze kilka lat przede mną, jeszcze tyle znakomitych utworów trzeba nagrać…

Jednak najbardziej cieszą sukcesy…
Moja działalność to jedno ciągłe pasmo sukcesów – jak inaczej nazwać to przywrócenie do życia setek zapomnianych (według niektórych zaginionych) utworów. Wystarczy przejrzeć mój katalog. Ileż tam znakomitych, odkrytych przeze mnie kompozytorów, nie tylko polskich. Iluż wzpaniałych artystów dzięki mojemu wydawnictwu, bez szukania sponsorów, dotacji państwowych etc. mogło zadebiutować w fonografii, iluż mogło zarejestrować swój kunszt, o którym wiedzieli tylko najbliżsi. Dopiero co zmarła wybitna pianistka, Monika Sikorska-Wojtacha. Wszyscy ją cenili, lecz tylko Acte Préalable utrwaliło dla potomności jej kunsztu wykonawczy.
Początkowo moją idée fixe była muzyka polska. Jednakże w miarę upływu czasu zacząłem się interesować również zapomnianą muzyką innych krajów. Najpierw był Norweg, następnie Niemka, później Francuzi, Rosjanie, Japończyk. Cały czas zbieram partytury – życia mi nie starczy, by je wszystkie nagrać; przybywa partytur w mojej kolekcji szybciej, niż mogę je nagrywać. W tej chwili mam już komplet dzieł wielu zapomnianych kompozytorów polskich i tylko mocy przerobowych brak. Zbyt mało artystów interesuje się czymś więcej niż codziennym kawałkiem chleba.
Odkryć dzieło, o którym specjaliści twierdzą, że zaginęło (lub w ogóle o nim nie wiedzą), to ogromna satysfakcja. A doprowadzić do jego wydania na płycie, to już maksimum ekstazy, jak u Skriabina, który zainspirował mnie przy wybieraniu nazwy dla wydawnictwa…
Właśnie niedawno odkryłem dwie sonaty fortepianowe dwóch polskich kompozytorów, o których nie wspominają żadne źródła, łącznie z Encyklopedią Muzyczną PWM (jeden z tych twórców nawet nie znalazł się w tej Encyklopedii). Mam nadzieję, że uda mi się nagrać te utwory w przyszłym roku. Chciałbym jeden z nich również wydać
w postaci nutowej, ale czy będzie dla kogo… Jak pisał Adam Asnyk, „Szkoda piosnek, których nie ma kto słuchać”...

Dziękuję za rozmowę.

PŁYTOTEKA

 

 

Palcem po płycie – Cecilia Bartoli w Petersburgu

Łukasz Kaczmarek

Cecilia Bartoli
St Petersburg
I Barocchisti • Diego Fasolis, dyrygent
Decca 478 7695 • w. 2014, n. 2013/14 • 77’57”

Rosyjski barok? Cecilia Bartoli śpiewająca w języku rosyjskim? Jeszcze niedawno wydawało się to mało prawdopodobne. A tymczasem swoją najnowszą płytę artystka tytułuje St Petersburg i poświęca XVIII-wiecznym skarbom operowym ówczesnej stolicy Rosji. Co więcej, dwie z arii wykonuje w języku rosyjskim. Zaś wszystkie 11 kompozycji to światowe premiery fonograficzne! Omówieniu najnowszego projektu Cecilii Bartoli poświęciliśmy już na łamach Muzyka21 krótki artykuł, tym razem pora by przyjrzeć się samej zawartości muzycznej. Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że określenie „skarby” w stosunku do zaprezentowanych przez Bartoli arii nie jest przesadzone. W oczywisty sposób dwie z nich od początku przykuwają uwagę. (...)

PŁYTY ZRECENZOWANE W NUMERZE

Bach JS - Oratorium na Boże Narodzenie BWV 248 - Audite 21.421 - *****
Berlioz H - Dzieła zebrane - Membran 600166 - CD of the month
Busoni F - Transkrypcje - Profil PH14005 - *****
Caldara A - La concordia de’ pianeti - Archiv Produktion 479 3356 - *****
Craven E - Sonaty fortepianowe 7, 8, 9 - Métier msv28544 - ***
Dowland J - My favorite Dowland - Harmonia Mundi HMU 902515 - *****
Elgar E - Symfonia nr 2 - Decca 478 667 - *****
Hildegard von Bingen H - Ave Generosa - Membran 233861 - **
Hugues E - Dark formations,Quartet - Métier msv 28530 - ****
Mahler G - Symfonie nr 1 i 2 (arr. B. Walter) - MDG 930 1778-6 - ****
Mendelssohn F - Sen nocy letniej, Koncerty fortepianowe nr 1 & 2 - Decca 481 0778 - CD of the month
Mozart WA - Arie koncertowe - Deutsche Grammophon 479 1054 - ****
Schumann R - Symfonie - Deutsche Grammophon 479 2437 - CD of the month
Wnuk CR - A touch of light - Universal 481 0306 - ***

Behind the Lines - Deutsche Grammophon 479 2472 - ****
Cecilia Bartoli - St Petersburg - Decca 478 7695 - CD of the month
Christa Ludwig - Pierwsze nagrania - Membran 600151 - ****
Dreamscape - Signum SGCD 380 - ****
El Maestro Farinelli - Archiv Produktion 479 2050 - CD of the month
Kaja Danczowska - Polskie Radio PRCD 1721-1727 - *****
Kurpiński/Beethoven - NIFC CD 039 - *****/***
SaxoFolk - MDG 903 1834-6 - *****
Schoenberg - Monn - Cybele 761301 - ***
Sergiu Celibidache - The Berlin recordings 1945-1957 - Audite 21.423 - CD of the month
Sutes for Violoncello Solo - Solo Musica SM 214 - ****
The World’s Most Famous Voices in Opera & Song - Membran 600163 - ****
Venetian Christmas - Bis CD-2089 - CD of the month

Józef Kański - Przewodnik operowy - Polskie Wydawnictwo Muzyczne