www.leylagencer.org

Muzyka21 nr 6/179 - czerwiec 2015 r. - rok XVI

 

Kto jest największym wrogiem Polski? Niewątpliwie jest ich wielu, nawet niedaleko. Ale czy trzeba szukać ich poza naszymi granicami? Niedawno ogłoszono, że miliardy złotych pochodzące z naszych podatków pójdą na dofinansowanie Francji czy też USA poprzez zakup od nich sprzętu wojskowego, choć przecież mamy własny przemysł zbrojeniowy. Tak małe kraje, jak Izrael czy Singapur, w krótkim okresie czasu stały się prawdziwymi potęgami w branży zbrojeniowej. A Polska, od 26 lat utrzymuje własny przemysł zbrojeniowy ze strachu, że robotnicy wyjdą na ulicę, a nie dlatego, by jakoś ten przemysł racjonalnie wykorzystać. W tej chwili zbroimy się na potęgę i robimy wszystko, by te setki miliardów wydać w zagranicznych, często państwowych, koncernach. Jaka w tym logika? Oczywiście najlepiej byłoby nie mieć żadnego przemysłu zbrojeniowego, a cały świat zamieszkiwali tylko pacyfiści, ale skoro już musimy się zbroić, to dlaczego nie dbamy o własne korzyści? Albo zlikwidujmy nasz przemysł zbrojeniowy, albo postawmy go na poziomie takim, że inni nam będą zazdrościć, a podatnik nie będzie musiał go dofinansowywać.

Tak samo jest w kulturze. Niedawno odwiedziła nas orkiestra z Czech, która i w Warszawie, i w Krakowie, nie zagrała ani jednej nie czeskiej nuty. A nasza Narodowa, tylko z nazwy, Filharmonia, fetuje 150. urodziny Carla Nielsena zapraszając do siebie na koncerty Orkiestrę Filharmonii Krakowskiej. Kim był dla nas Nielsen, że musimy go fetować? Najśmieszniejszym jest to, że te urodziny fetowano z pomocą francuskiego dyrygenta i kanadyjskiego pianisty, a w programie część poświęcona jubilatowi – suita Alladyn – trwała raptem kwadrans. Reszta to jak zawsze „oryginalny” i „odkrywczy” repertuar: V Koncert fortepianowy Saint-Saënsa i Szeherezada Rimskiego-Korsakowa. Rzeczywiście, iście po królewsku potraktowano jubilata w Narodowym przybytku muzyki w Warszawie! Skoro już musimy fetować tego twórcę, dajmy słuchaczom szansę zapoznania się z nim na koncercie w całości mu poświęconym. Co chwila jest jakaś rocznica równie ważnego twórcy z tego czy innego kraju, jednak o tym nie pamiętamy. Tym bardziej zupełnie nie pamiętamy o rocznicach naszych twórców. W tym roku 3 marca powinniśmy obchodzić 130. rocznicę urodzin Raula Koczalskiego. Ciekawe, dlaczego władze Narodowej uznały to wydarzenie za nieistotne, zresztą tak samo jak MKiDN, a także wszystkie inne instytucje związane z muzyką? Oczywiście, nikt nie jest alfą i omegą, więc choć są to daty niewątpliwe ważne z punktu widzenia Narodu, może się zdarzyć, że decydenci o nich zapomną. Jednakże w tym przypadku dołożyliśmy wszelkich starań, by im o tym przypomnieć. A więc ich ignorowanie jest świadomym sabotowaniem kultury polskiej.

Nie rocznica Nielsena jest najważniejsza. W dniach 8-23 maja nasza narodowa placówka odbyła tournée po Wielkiej Brytanii koncertując w 12 miastach. Jakież to dzieła zabrała ze sobą? Uprzedzamy, niespodzianki nie było, jak to pewien kabaret zwykł mówić, „jelit nie potargało”. Cały repertuar jest na stronie Filharmonii http://filharmonia.pl/aktualnosci/zespoly-filharmonii-narodowej-w-wielkiej-brytanii, więc nie będziemy go powtarzać. Podliczyliśmy jednak i wyszło, że podczas tournée warszawscy filharmonicy wykonali 7 razy III Symfonię Schuberta, 11 razy IX Symfonię Beethovena, raz IV Symfonię Mahlera, raz I Koncert fortepianowy Chopina oraz 4 razy Stabat Mater Karola Szymanowskiego. Aż 5 utworów – cóż za wyzwanie dla dyrygenta i orkiestry, jak im się udało przyswoić tyle materiału!? Czy to ma być wizytówką polskiej kultury muzycznej? Szef Filharmonii Narodowej rzeczywiście ciężko się napracował układając tak „odkrywczy” program tournée. Filharmonia Rzeszowska mogła grać niedawno odkrytą Symfonię Józefa Wieniawskiego, Filharmonia Lubelska niedawno odkryty Koncert skrzypcowy Augusta Duranowskiego, Filharmonia Koszalińska zaprasza do siebie Niemca, by dyrygował Symfonią „Polonia” Młynarskiego, a Narodowa nie chce splamić swego honoru „podrzędną” (polską) twórczością i od lat serwuje nam, a także zagranicy na swoich tournée, ośmieszając nas w świecie, odgrzewane kotlety nie pierwszej świeżości, repertuarowej oczywiście.

W czym Koncert fortepianowy Raula Koczalskiego jest gorszy od Koncertu Chopina znanego na całym świecie, i który nie potrzebuje żadnej promocji, czym Symfonia Józefa Wieniawskiego jest gorsza od III Symfonii Schuberta? Pewnie są jakieś różnice, ale aby je znaleźć najpierw trzeba zaznajomić się z utworami. Piękne, wzruszające Stabat Mater Szymanowskiego też jest już ograne na całym świecie, w szczególności w Wielkiej Brytanii; niedawno za grube miliony z naszych portfeli było wykonywane i tam nagrywane przez popierającego Putina, jego nadwornego dyrygenta Walerija Giergijewa, podobno w ramach promocji naszej kultury. Promocja była tak znakomita, że wraz ze skonsumowaniem dotacji nastąpił koniec zainteresowania tym utworem u Brytyjczyków i rosyjskiego dyrygenta! Skoro Filharmonia Narodowa tak bardzo lubi jubileusze, dlaczego całkowicie zapomniała o warszawiaku, obchodzącym w czerwcu br. 85. urodziny Romualdzie Twardowskim? Moglibyśmy zasugerować włodarzom Narodowej innych rodzimych twórców zasługujących dużo bardziej na jubileusze niż Duńczyk, ale z doświadczenia wiemy, że to nikogo w tej skostniałej instytucji „nie ruszy”.

Można zrozumieć, że Szef Filharmonii Narodowej czuje niesmak na samą myśl o wpuszczeniu polskiej muzyki do swojego „królestwa”, ale całkowicie nie do zaakceptowania jest postawa naszych reprezentantów, a dokładniej MKiDN, którzy od zawsze, a przynajmniej od 1989 r., robią wszystko, by za nasze ogromne pieniądze, niszczyć kulturę polską odsyłając ją do lamusa. Niech Szef Filharmonii gra co chce w ramach Narodowej, ale niech ją utrzymuje ze sprzedanych biletów lub za pieniądze prywatnych sponsorów. A gdy żyje z podatków Polaków, to niech tym Polakom wykaże więcej szacunku i pamięta, że to nie tylko jego, ale także i nasze „królestwo” i pierwsza scena filharmoniczna Ojczyzny! Oczywiście nie tylko Narodowa lekceważy swoich darczyńców. To co napisaliśmy dotyczy właściwie wszystkich instytucji kultury, nie tylko tej „wysokiej”, co potwierdza np. zaproszenie na koncerty do Kielc przez władze miasta „najwybitniejszego” artysty pop – Conchity Wurst. Czy żaden polski artysta nie jest na miarę tej metropolii świętokrzyskiej?

Oczywiście Szef Narodowej nie jest odosobniony. Jak Polska długa i szeroka taka pogarda dla kultury narodu, w której ci wszyscy decydenci wyrośli, i za którego środki się kształcili, jest normą – wystarczy zapoznać się z repertuarem filharmonii, oper i festiwali. Oto kolejny przykład na czasie ze Śląska – 16 maja br. chór tamtejszej Filharmonii obchodził 40-lecie działalności. W programie szczyt możliwości intelektualnych decydentów: Mozarta Msza c-moll oraz Charlesa Huberta Parry’ego Blest Pair of Sirens. Parry – kim był ten kompozytor? Co takiego zrobił dla Śląska? Czy naprawdę ten rejon Polski jest tak ubogi w kompozytorów, że trzeba sięgać po Austriaka i Anglika? Filharmonie nagminnie twierdzą, że nie mogą zbyt często grać polskiej muzyki współczesnej ze względu na wysokie opłaty pobierane przez ZAiKS. Jednakże nie przeszkadza im to, by grać w swoich murach zagraniczne dzieła chronione. Nie brakowało środków na opłacenie Anglika. Sama Filharmonia Śląska, aby uczcić swoje 70-lecie też nieszczególnie się natrudziła nad repertuarem. Tylu kompozytorów było i jest związanych ze Śląskiem, a w programie tylko Górecki i niepochodzący ze Śląska Wieniawski, Bach, Mahler, Part, Reich, Brahms… Po prostu muzyczne delicje, szkoda, że nie ze Śląska? Przerażające jest to, że środowisko muzyczne nic w tym zakresie nie robi. Nasz system edukacji muzyków jest, podobno, jednym z najlepszych na świecie. Ale co z tego? Decydenci, którzy niejednokrotnie są pedagogami, gdy przychodzi do organizowania koncertów, zapraszają przede wszystkim cudzoziemców. Tak jakby to organizatorów bardziej nobilitowało. Na swoje tournée po Wielkiej Brytanii Filharmonia Narodowa zaprosiła pianistk z Japonii (Konkurs Chopinowski za pasem, 15 Polaków zakwalifikowało się, a jednak żaden Polak nie jest godzien grać Chopina z Narodową dla Brytyjczyków) i śpiewaków z różnych krajów. Na czterech śpiewaków tylko sopranistka jest Polką. To gdzie są więc absolwenci tych znakomitych polskich szkół? Po co szkolimy artystów, skoro później wstydzimy się ich promować w świecie? Jak mają zaistnieć w świadomości melomanów skoro nawet nie mogą jechać z pierwszą polską orkiestrą na tournée…

Zadziwiającym jest, że organizacje skupiające artystów nie zajmują się tym problemem. Przysłowiowe już jest procesowanie się ZAiKS-u z fryzjerem, ale jakoś nie słychać, by walczył z Filharmoniami o większy udział repertuaru polskiego. Oczywiście, żyją z prowizji od tantiem, więc co im za różnica, czyje są te tantiemy, czy trafią do naszych czy zagranicznych artystów. Ale przecież te związki założyli polscy artyści! Co robi ZKP? Zadawala się festiwalami, na które z roku na rok przyznaje się coraz mniejsze subwencje, natomiast w ogóle nie walczy o obecność muzyki polskiej w podstawowym programie filharmonii. Związki artystów wykonawców też niewiele w tej materii robią, przynajmniej jeśli chodzi o wspieranie rodaków, bo na cudzoziemców potrafią wyciągnąć środki z naszych podatków.

Na naszych łamach staramy się cały czas dbać o należne miejsce dla polskich artystów i polskiej muzyki oraz o promocję polskiej kultury. W tym miesiącu wśród polskich spraw mamy tematy, które są przez inne media – wydawane za polskie podatki – całkowicie przemilczane. Poświęciliśmy artykuł o twórczości obchodzącego 85. urodziny wybitnego kompozytora Romualda Twardowskiego, przeprowadziliśmy wywiad ze znanym warszawskim kompozytorem Sławomirem Czarneckim o jego najnowszej płycie poświęconej św. Janowi Pawłowi II. O tym jak powstawała płyta opowiada kompozytor oraz dyrygent Paweł Głowiński, założyciel i szef Schola Cantorum Thorunensis. Znany z naszych łam Robert Kaczorowski opowiada o kolejnej płycie z muzyką całkowicie zapomnianego twórcy muzyki kościelnej, Ottona Mieczysława Żukowskiego, którego trzecia płyta właśnie się ukazała. Jest też ostatni odcinek historii Witolda Friemanna.

Ostatnio dostajemy sporo listów od czytelników i melomanów oraz polskich artystów skarżących się na problemy z zakupem w Polsce płyt polskich wytwórni oraz nowości firm światowych. Są one niedostępne zarówno w największej sieci sprzedaży detalicznej w kraju oraz w największym sklepie internetowym w Polsce. Po naszym śledztwie prawda okazała się prozaiczna. Nie ma tam polskich płyt oraz nowości z największych firm znanych artystów z powodu tego, że właściciele tych sklepów nie płacą dostawcom i mają wielomilionowe zaległości, a firmy z tego powodu przestały im dostarczać towar, bojąc się większych strat! I cóż zrobiły te firmy: zamiast uregulować należności, wyrzuciły katalogi ze swoich ofert. Jest to tym bardziej bulwersujące, że sklepy te mają kredyt kupiecki sięgający nawet pół roku, nie trzymają towaru w magazynie, a za to co sprzedały, zainkasowały należności natychmiast. Problem ten jest od lat opisywany w różnych mediach, co wcale jednak nie wpływa na uczciwość tych sklepów.

ŻYCIE

Katowice. Pasja wg św. Mateusza J. S. Bacha. Pasja ta, w odróżnieniu od 3 lata starszej Pasji wg św. Jana jest bardziej epicka i refleksyjna. To jedno z najważniejszych i najpiękniejszych dzieł sakralnych w historii muzyki. 27 marca arcydzieło Bacha wystawiła Filharmonia Śląska w Katowicach. Koncert zapowiadany jako jedno z ważniejszych wydarzeń muzycznych na tej scenie uratował, jak zawsze niezawodny i perfekcyjny w każdym calu Krystian Adam Krzeszowiak odtwarzający partię Ewangelisty. Nie przeszkodził mu fakt, iż dyrygent z sobie tylko znanych powodów okroił Pasję z dwóch jego arii, a także arii basowej i dwóch altowych. Dla mnie takie praktyki są niedopuszczalne. Pozostaje mi trzymać się z daleka od produkcji firmowanych nazwiskiem tego dyrygenta. Matthias Geissler, bo o nim mowa, dyrygował dobrze ale tak duża ingerencja w dzieło muzyczne wydaje się całkowicie nieuprawniona. Pozostali soliści delikatnie mówiąc nie zachwycili. Partie basowe kreowali Józef Frakstein (Jezus) i Jacek Ozimkowski (Judasz), altową Marcin Liweń – kontratenor, a w jedynej roli kobiecej wystąpiła Agnieszka Bochenek-Osiecka – sopran. Józef Frakstein śpiewał nieźle aczkolwiek nie ustrzegł się drobnych nieprecyzyjności intonacyjnych. Najlepiej wypadł w arii Gerne will ich mich bequemen. Ponadto świetnie współbrzmiały jego recytatywy z Ewangelistą. Jacek Ozimkowski śpiewał dość bezbarwnie, ale aria Gebt mir meinen Jesum wieder zabrzmiała dużo lepiej. Kontratenor Marcin Liwień brzmiał dość siłowo, a barwa jego głosu nie była zbyt czysta. Chociaż nieźle wykonał arię Erbarme dich to jego śpiew został całkowicie zdominowany przez przepiękne solo skrzypcowe w wykonaniu koncertmistrza Adama Wagnera, który dla mnie był drugim bohaterem koncertu obok Krystiana Krzeszowiaka. Agnieszce Bochenek-Osieckiej zdecydowanie brakowało lekkości w głosie. Najlepiej zaśpiewała arię Ich will dir mein Herze schenken. Partia Ewangelisty należy do najtrudniejszych w całej literaturze oratoryjno-pasyjnej. Przeznaczona jest dla tenora o wysokim rejestrze głosu. Melodyjne recytatywy, wydają się bardzo zrównoważone w porównaniu z Pasją Janową, ale wyraźnie ożywiają się emocjonalnie choćby w scenie sądu Piłata czy ukrzyżowania na Golgocie. Język muzyczny Ewangelisty jest wyłącznie recytatywem z basso continuo, podczas gdy partia Jezusa wspiera się również na towarzyszeniu smyczków. Krystian Adam Krzeszowiak doskonale poradził sobie z tą trudną rolą i należy tylko żałować, że dyrygent nie dał mu możliwości zaśpiewania arii. Orkiestra i Chór Filharmonii Śląskiej były w miarę spójne, chociaż odniosłem wrażenie, że końcowa scena Pasji Wir setzen uns mit Tranen nieder wykonana w trochę zbyt szybkim tempie, natomiast bardzo podobał mi się chór O Haupt vol Blut und Wanden. Po zakończeniu koncertu miałem trochę mieszane uczucia. Artyści mogą mieć trochę lepszy lub gorszy dzień i to jest zupełnie normalne, ale nie jestem w stanie zrozumieć usunięcia z dzieła Bacha pięciu ważnych arii. Owacje na stojąco jak najbardziej zasłużone przede wszystkim dla Krystiana Krzeszowiaka i koncertmistrza Adama Wagnera.(…)

Mariusz Trojanowski

Kraków. Misteria Paschalia – Nicolo Jommelli – Isacco, figura del Redentore. Przed trzema laty po wysłuchaniu Giuditty Alessandra Scarlattiego w ramach IX odsłony Festiwalu Misteria Paschalia obiecałem sobie, że muszę ponownie doświadczyć przyjemności wysłuchania anielskiego śpiewu Roberty Mameli. Okazja nadarzyła się w tym roku, kiedy na inaugurację festiwalu zaprezentowała się nomen omen w roli Anioła w oratorium Nicola Jommellego Isacco figura del Redentore. Dzieło to zostało niedawno odkryte i po raz pierwszy w obecnych czasach wystawione w 2013 r. w Salzburgu, a drugie wykonanie miało miejsce właśnie w Krakowie. Prapremiera Isacco odbyła się w 1742 r. w Wenecji, a libretto wyszło spod pióra poety i librecisty Pietra Matastasia. W poniedziałkowy wieczór w Filharmonii Krakowskiej oratorium Jommellego zabrzmiało w wykonaniu znakomitego włosko-szwajcarskiego zespołu I Barocchisti pod wodzą Diega Fasolisa oraz międzynarodowego grona świetnych solistów. Oprócz Roberty Mameli wystąpili urodzony w Atenach Vassilis Kavayas, tenor w partii Abrahama, ukraiński kontratenor Jurij Minienko – Isacco, pochodzący z Neapolu bas Carlo Lepore jako Gamari, oraz Lucia Cirillo, mezzosopran, która wcieliła się w rolę Sary(…)

Mariusz Trojanowski

Kraków. Festiwal Kompozytorów Krakowskich: nowe otwarcie. Marcel Chyrzyński, od ubiegłego roku kierujący festiwalami muzyki kompozytorów krakowskich (XXVII Festiwal – 18–26 kwietnia), nie tylko przeniósł jego termin na kwiecień, ale i otworzył na odleglejsze strony świata, a mianowicie Daleki wschód: Chiny, Koreę Południową i Japonię.
Takim interesującym odkryciem w tym zakresie okazał się Toshio Hosokawa i jego muzyczne Podróże. Szczególnie pierwsza, przeznaczona na skrzypce i orkiestrę, której przebieg oparty jest na naprzemiennych crescendi i decrescendi, a więc przypływach i odpływach dźwięku, wzmaganiu się i zamieraniu brzmienia, co przywodzi na myśl dźwiękowy świat Giacinta Scelsiego. Od strony fakturalnej zaś kompozycja ta odznacza się surowym, matowym zabarwieniem. Godzi się przy tej okazji odnotować doskonałe porozumienie pomiędzy solistą – Szymonem Krzeszowem, na co dzień prymariuszem Kwartetu Śląskiego – a orkiestrą Nowej Muzyki pod dyrekcją Szymona Bywalca. (…)

Lesław Czapliński

Warszawa. Recital z cyklu Mistrzowie fortepianu – Elisabeth Leonskaja w Filharmonii Narodowej, 5 maja 2015 r. Po emocjach związanych z eliminacjami do XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, niezwykle odświeżającym doznaniem dla uszu i umysłów warszawskiej publiczności był recital Elisabeth Leonskajej w ramach cyklu Mistrzowie fortepianu. Wielka dama rosyjskiej pianistyki, która swego czasu grywała w duecie ze Światosławem Richterem, wykonała trzy ostatnie sonaty fortepianowe Schuberta (c-moll, A-dur i B-dur), powstałe na kilka miesięcy przed śmiercią kompozytora w 1828 r.(…)

Michał Bruliński

Warszawa.„Zahuczeć” Chopina. O Eliminacjach do XVII Konkursu Chopinowskiego. „Wśród pianistów panuje nastawienie na sprawność techniczną, która nie zawsze przekłada się na dogłębne odczytanie i zrozumienie tekstu” – uważa jeden z jurorów Eliminacji do XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie, prof. Wojciech Świtała. Po dwunastu dniach przesłuchań, do tegorocznego Konkursu Chopinowskiego dopuszczono 84. pianistów z dwudziestu europejskich i azjatyckich krajów – po 15. z Polski i Chin, 12. z Japonii, 9. z Korei, 7. z Rosji, 5. ze Stanów Zjednoczonych, po 3. z Kanady, Wielkiej Brytanii i Włoch, 2. z Czech i po jednym z Francji, Chorwacji, Grecji, Rumunii, Węgier, Ukrainy, Białorusi, Łotwy, Uzbekistanu i Indonezji.(...)

Maria Wilczek-Krupa

Londyn. Słodkie życie w Neapolu. Operom komicznym Rossiniego dobrze służy na scenie bufonada, absurdalny humor, bajkowość, a nawet celowo zastosowany kicz jako tło zabawnych gagów i szalonych sytuacji. Przekonuje o tym grany obecnie w Covent Garden Turek we Włoszech, stylizowany na lata 1950. Spektakl przywołuje motywy i postaci z filmów Federica Felliniego malując je całą paletą barw kojarzących się z nadmorskim latem i śródziemnomorskim temperamentem. Faworytami tej inscenizacji są Aleksandra Kurzak i Alessandro Corbelli, którzy w tej konwencji czują się jak ryby w wodzie.(...)

Agnieszka Okońska

Londyn. Królewska premiera. Długo wyczekiwana w Londynie premiera Króla Rogera stała się faktem. Po raz pierwszy ze sceny Covent Garden popłynął język polski. Wybrzmiała w nim historia XII-wiecznego sycylijskiego władcy w wersji spisanej przez Karola Szymanowskiego i Jarosława Iwaszkiewicza. Historia pełna pytań, niejednoznacznych treści, stawiająca człowieka – w tym przypadku jednostkę ponadprzeciętną – twarzą w twarz z własną tajemnicą. Dlatego zapewne królewskie oblicze jest pierwszym wizualnym znakiem tego przedstawienia. (...)

Agnieszka Okońska

Londyn. Opery Rossiniego zawsze kojarzą się z gatunkiem opery zwanej buffa. Lekkiej w odbiorze, pełnej śmiechu, dobrego humoru i intrygi, która bawi wszystkich widzów. Oczywiście kompozytor ten pisał także opery seria, chociaż to dzięki tym zabawnym wpisał się on w panteon wybitnych twórców. Bethoveen twierdził, że Rossini nie powinien pisać innych dzieł niż buffa.
Il Turco in Italia jest właśnie jedną z takich. Napisana do libretta Felica Romaniego na podstawie komedii Caterina Mezzoli o tym samym tytule. W sezonie 2014/15 Covent Garden wznowiła sześć przedstawień wykreowanych przez Moshego Leisera i Patrice’a Cauriera. Reżyserem wznowienia był Richard Gerard Jones, autorem scenografii był Christian Fenouillat, kostiumów Agostina Cavalca, oświetlenia Christophe Forey, a ruchu scenicznego Leah Hausman. Dyrygentem wszystkich przedstawień był Evelino Pidò okrzyknięty specjalistą od Rossiniego. Dało się to słyszeć. Orkiestra pod jego batutą rzeczywiście brzmiała właściwie, z odpowiednią lekkością oraz humorem. Zawsze podkreślam niezwykłą kondycję grania orkiestry ROH, zespołu niezwykle elastycznego, grającego zróżnicowany repertuar, zawsze przygotowanego, zadowalającego ucho słuchacza. (...)

Damian Ganclarski

CZŁOWIEK

SOL3 MIO – Trzech tenorów z Nowej Zelandii

Karol Rzepecki

Bardzo często w historii zdarzały się przypadki, gdzie w skład zespołów wykonujących muzykę wchodzili członkowie rodziny. Takie przypadki miały miejsce w Baroku, ale także innych epokach, kiedy to tradycje muzyczne przekazywane były z pokolenia na pokolenie. Doskonałym dowodem na to, że taka sytuacja ma miejsce również dzisiaj jest zespół SOL3 MIO.
Jego członkowie pochodzą z wyspy Samoa i Nowej Zelandii. To region świata jak dla nas niezwykle egzotyczny i to, jak się okazuje, nie tylko pod względem przyrody, ale także cechujący się bogatą, a przy tym bardzo specyficzną kulturą muzyczną. Zespół tworzą dwaj bracia, Pene i Amitai, oraz ich kuzyn Moses. Wszyscy trzej artyści przez naturę zostali obdarzeni wyjątkową, niezwykle oryginalną barwą głosu, która przyciąga wielu melomanów. Jednak czy tylko to sprawia, że zespół cieszy się od lat wysoką i wciąż rosnącą popularnością? Otóż nie. Artyści z SOL3 MIO swój wizerunek budują na wielu płaszczyznach. Członków omawianej formacji można także wielokrotnie wysłuchać na antenie popularnych stacji telewizyjnych nie tylko w ich ojczyźnie, ale także poza jej granicami. Ostatnio artyści gościli na antenie BBC Breakfast News udzielając obszernego wywiadu. Także dużą popularność zdobył gościnny występ w programie „Sunday Night at The Palladium”, który rozpoczął się od znanego nam wszystkim przeboju, od którego pochodzi nazwa zespołu. (…)

Spadkobierca tradycji

z kompozytorem Sławomirem Czarneckim rozmawia Arkadiusz Jędrasik

Na rynku pojawiła się płyta z pana muzyką chóralną o pięknym tytule Te Beatum canimus (Ciebie Świętego sławimy) zespołu Schola Cantorum Thorunensis. Skąd pomysł na jej nagranie?
Pomysł na płytę zrodził się w najpiękniejszy chyba sposób dla kompozytora. Otóż, zgłosił się do mnie dyrygent wspomnianego chóru, pan Paweł Głowiński, który, jak oznajmił, zafascynowany moją twórczością chóralną, postanowił niektóre pozycje włączyć do swojego repertuaru, a w konsekwencji, jeśli będzie taka możliwość, nagrać na płytę kompaktową. I tak, wybrany został cykl Modlitwy Papieskie – pieśni do słów-modlitw Ojca Świętego Jana Pawła II, a także niektóre Hymny ku czci Matki Bożej, Królowej Polski z cyklu Corona Mariae, do łacińskich słów prof. Jerzego Wojtczaka-Szyszkowskiego, chyba jedynego polskiego poety kultywującego wielką tradycję literatury polskiej w tym języku.
My, Polacy, ciągle jesteśmy pod wpływem osobowości Wielkiego Papieża. Mija rok od Jego kanonizacji. Jan Paweł II znakomicie rozumiał wartość twórczości artystycznej dla kultury i dla samej wiary. Myśl o utrwaleniu wybranego programu pojawiła się jako rzecz oczywista. Narodził się też pomysł skomponowania Hymnu ku czci Świętego Jana Pawła II. Prof. Jerzy Wojtczak-Szyszkowski natychmiast napisał po łacinie wspaniały tekst, gdzie umieścił słowa Te Beatum canimus, które stały się refrenem hymnu, a jednocześnie tytułem płyty. Problem finansowy w jakiejś mierze został przezwyciężony dzięki wsparciu wielu osób i firm.
Cieszę się, że wydania płyty podjęła się znana na rynku fonograficznym firma Acte Préalable. Uzyskała ona także rekomendacje Metropolity warszawskiego Kardynała Kazimierza Nycza, biskupa toruńskiego Andrzeja Suskiego i ks. prałata Sławomira Odera, postulatora w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym Ojca św. Jana Pawła II. Mam nadzieję, że płyta sprawi przyjemność słuchaczom.

Jaka to muzyka? Jak doszło do jej napisania
Utwory, które znalazły się na płycie, to tylko część mojej twórczości chóralnej. Cała moja twórczość wywodzi się z potrzeby serca. Poprzez swoją sztukę chciałbym pokazać świat wartości, w które wierzę, które uznaję, które uważam za ważne. Życie ludzkie bez uznawania prawdziwych wartości traci sens. Byłoby ono, jak to napisał w jednej ze swoich książek ks. prof. Michał Heller „kalekie, zdegenerowane do poziomu wegetacji opartej na handlu zamiennymi namiastkami wartości”. Jaka jest moja muzyka? Jest to poszukiwanie właśnie sensu istnienia, sensu człowieczeństwa, w oparciu o wartości, które stanowią naszą kulturę, kulturę polską i europejską.(...)

O muzyce chóralnej Sławomira Czarneckiego i nie tylko…

z dyrygentem Pawłem Głowińskim rozmawia Arkadiusz Jędrasik

Jest pan założycielem i szefem chóru Schola Cantorum Thorunensis. Jaka jest historia jego powstania?
Schola Cantorum Thorunensis jako taka jest bardzo młodym zespołem, aczkolwiek geneza jej powstania sięga bardzo daleko, bo wszystko rozpoczęło się tak naprawdę w czasach, gdy sam jeszcze uczyłem się w gimnazjum! Założyłem wówczas zespół parafialny przy kościele świętego Maksymiliana Kolbego w Toruniu. Miało to wtedy zupełnie inny wymiar aniżeli dziś, bo zespół liczył kilka osób, i – tak jak zwykle w takich przypadkach bywa – powstanie zespołu miało podłoże nie tylko muzyczne, ale i towarzyskie. Łączyliśmy więc pożyteczne – oprawę muzyczną uroczystości kościelnych – z przyjemnym, czyli spędzaniem czasu w gronie znajomych. Później, rzecz jasna, zespół ewoluował, poprzez powiększenie składu, rozpoczęcie działalności koncertowej, bardziej poważne przedsięwzięcia muzyczne, jak oprawa muzyczna mszy pontyfikalnych, konkursy… Ta ewolucja zespołu miała bezpośredni związek z moim własnym muzycznym rozwojem, poznawaniem nowych horyzontów muzyki chóralnej, nowych wspaniałych zespołów, wybitnych dyrygentów. I przyszedł taki moment, w którym powiedziałem sobie, że mój zespół też może stać się ponadprzeciętny, a przynajmniej stale do tego dążyć. Tak powstała – nie bez trudności i przeszkód oczywiście – Schola Cantorum Thorunensis.

Czy łatwo w dzisiejszych czasach zachęcić młodych ludzi do muzykowania w chórze?
A czy łatwo jest zachęcić młodych ludzi w dzisiejszych czasach do czegokolwiek? Młodzi ludzie są zachęcani nie poprzez jakieś konkretne działania, agitację, ale idą za tym, co w ich odczuciu jest dobre, ładne, modne, wartościowe. Nigdy nie starałem się nikogo specjalnie zachęcać do śpiewania w moim zespole, nie robiłem zorganizowanych naborów. Było czasem wręcz odwrotnie – po koncercie czy mszy, na której śpiewaliśmy zdarzało się, że ktoś podchodził, wysyłał maila czy dzwonił z zapytaniem o możliwość dołączenia do zespołu. To bardzo motywujące. Tym bardziej, że w dzisiejszych czasach pojęcie chóru kojarzy się młodemu człowiekowi raczej z czymś staromodnym, „nie na czasie”. Myślę, że nikogo nie da się zachęcić do muzykowania, czy to w chórze, czy w jakiejkolwiek innej formie, inaczej niż poprzez pokazanie mu odpowiednio dobrej jakości muzycznej. Sam musi poczuć, że tego chce.(…)

Avi Avital gra Vivaldiego

Dla Aviego Avitala mandolina jest czymś więcej niż instrumentem, jest narzędziem, z którym zdobywa kontynenty, epoki i kulturalne światy. Kilkakrotnie koncertował już w Polsce w różnych miastach. Jakakolwiek muzyka go zajmuje, dotyka zawsze krańcowych możliwości brzmieniowych. Niestrudzenie stara się poszerzyć pole interpretacyjne mandoliny, zgłębia jej teraźniejszość jak i jej korzenie.(...)

Muzyka Żukowskiego – kolejne odkrycie

z ks. Robertem Kaczorowskim rozmawia Arkadiusz Jędrasik

Kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy dla Muzyka21 cieszył się ksiądz z odkrycia, nagrania i wprowadzenia do światowej fonografii dzieł Ottona Mieczysława Żukowskiego. Jakie to uczucie dać muzyce – zupełnie zapomnianej – nowe życie?
Mówiąc najprościej i najkrócej – jest to uczucie niesamowite. Za każdym razem, gdy do rąk biorę nuty z utworami Ottona Mieczysława lub teraz, gdy słucham już drugiej płyty z jego muzyką, towarzyszy mi świadomość, że jestem świadkiem czegoś wyjątkowego. Bo to wszystko dokonuje się po raz pierwszy. Nawet znani artyści, od lat dający się poznać w wielkich salach koncertowych, z utworami Żukowskiego stykają się pierwszy raz w życiu… Nigdy wcześniej nie słyszeli o tym kompozytorze. Jego twórczość nigdy nie była obecna w programach koncertowych. A więc można by powiedzieć – była to sytuacja, jakby Otton Mieczysław w ogóle nie istniał… Dlatego powtórzę, że jest to niesamowite uczucie tchnąć tej absolutnie nieznanej muzyce nowe życie. Wciąż też zastanawiam się, dlaczego te utwory przez tyle długich lat pozostawały niezauważone? Dlaczego nikt po nie nie sięgnął? Dlaczego nikt ich nie wykonywał? I stwierdzam, że trudno znaleźć mi odpowiedzi na te pytania…

Nasza rozmowa okazała się bardzo pomocna w następnych odkryciach dotyczących Ottona Mieczysława Żukowskiego. Dotarł ksiądz do jego rodziny…
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności posiadaczką pierwszej płyty z muzyką Żukowskiego stała się pani Zofia Bajda z Zabrza – wnuczka kompozytora. Po jej wysłuchaniu natychmiast wysłała do mnie e-maila z podziękowaniem i zapewnieniem, że choć sama nie jest muzykiem, to jednak chętnie udostępni mi materiały po dziadku i podzieli się swą wiedzą na temat rodziny Żukowskich. Jestem bardzo wdzięczny pani Zofii za jej cierpliwość w konstruowaniu odpowiedzi na wiele moich pytań, z których powstał piękny i ważny wywiad, opublikowany w styczniowym numerze Muzyka21. Jeśli mówię „piękny”, to bynajmniej nie dlatego, aby kogokolwiek zachwalać, ale dlatego, że wiele rzeczy i wiele spraw w nim poruszanych ujrzało światło dzienne pierwszy raz. Dla mnie, gdy czytałem ten wywiad wiele razy, towarzyszyło wzruszenie… Otton Mieczysław z każdym dniem staje się nam teraz coraz bardziej bliski również przez to, że coraz więcej o nim wiemy. Że znamy już jego rodzinę, jego braci i siostry. Że możemy coś powiedzieć o jego żonie, o dzieciach, o żyjących wnuczkach. Już tych kilka faktów wystarcza, aby spojrzeć na Żukowskiego jak na postać prawdziwą, realną. Bo do tej pory musiało wystarczać nam kilka ogólnych stwierdzeń zawartych w krótkich encyklopedycznych biogramach – choć też nie zawsze… Wydawałoby się, że czas powinien pomagać w odkrywaniu osób zapomnianych… Szkoda więc, że w najnowszym biograficznym tomie „Encyklopedii muzycznej” pod redakcją Elżbiety Dziębowskiej zabrakło nawet tej lakonicznej wzmianki o kompozytorze. Dla niektórych więc czas jakby stanął w miejscu, albo gorzej – cofnął się. We wcześniejszych wydaniach innych encyklopedii Żukowski istniał, a od 2012 r., od wydania tomu „W–Ż” – kogoś takiego jak Żukowski po prostu nie ma… Doprawdy, trudno pojąć pewne sprawy…(…)

Romuald Twardowski – piękny jubileusz znakomitego kompozytora

Łukasz Kaczmarek

W książce Było, nie minęło Romuald Twardowski opisuje swoje barwne życie, snuje wspomnienia dawnych dni, wydarzeń, osób. Kreśli własny autoportret – zarówno jako muzyka, jak i człowieka. Książka ta stanowi podstawowe kompendium wiedzy o polskim twórcy, sama będąc przy tym fascynującą lekturą. Niniejszy tekst pragnę poświęcić przede wszystkim Twardowskiemu – kompozytorowi. Okazja jest ku temu słuszna – 17 czerwca Romuald Twardowski obchodzi swój jubileusz 85-lecia. W świadomości melomanów zapisał się przede wszystkim jako autor nieśmiertelnego Tryptyku Mariackiego. W jego bogatym dorobku znajduje się jednak muzyka różnych form i gatunków. Wszystkie te dzieła łączy indywidualny język kompozytorski, nowoczesny, lecz czerpiący z tradycji styl, który sam Twardowski nazywa neoarchaizmem.(...)

DZIEŁO

Vincenzo Bellini i jego opery (7). I Capuleti e i Montecchi

Adam Czopek

Legenda o słynnych kochankach z Verony ujętych w dramat przez Williama Szekspira od samego początku rozpalała wyobraźnię kompozytorów i to nie tylko operowych. Jednak Szekspir nie był ani pierwszym, ani jednym autorem tej tragicznej historii, przed nim temat podjął Luigi Da Porto, to on pierwszy nadał kochankom imiona Romeo i Julia określił też ich nazwiska jako członków zwaśnionych rodów. Po nim tematem zajmowali się Mateo Bandello oraz Feliks da Rojas Carpio i dopiero po nich po tę historię sięgnął Szekspir, którego dramat cieszy się popularnością do dzisiaj zapewniając nieśmiertelność kochankom z Werony i samemu Szekspirowi.(...)

MUZYKA POLSKA

Witold Friemann (6) Ostatni z czasów Młodej Polski

Maciej Łakomy

Pobyt w Laskach

To właśnie w Laskach, gdzie kompozytor spędził ostatnie lata swego życia powstała większość dzieł instrumentalnych. Z dala od miejskiego zgiełku Friemann w końcu miał czas na tworzenie. Jednak oprócz komponowania aż do emerytury zajmował się tam przede wszystkim niewidomą młodzieżą. W Zakładzie Witold Friemann prowadził zajęcia z muzyki oraz fortepianu. Początkowo, nie mając żadnego doświadczenia w pracy z dziećmi niewidomymi, nie był do końca przekonany co do trafności swojego wyboru. Jednak już po kilku tygodniach pobytu zaproponowano mu stałą pracę. Kompozytor wspominał: „Zapytano mnie bardzo dyskretnie, czy nie zgodziłbym się jednak objąć pracy nauczyciela muzyki wśród niewidomych. […] Tu czekała by na mnie praca, może nawet w zapomnieniu, wśród ludzi tak bardzo potrzebujących poznania sztuki muzycznej. Praca bezinteresowna, ale w ciszy i spokoju, gdzie będę mógł tworzyć, wciąż pracować nad swoją twórczością wyrzekając się z góry sławy, nawet dobrobytu i znaczenia większego w środowisku muzycznym. […] Wybrałem więc pracę w ciszy, spokoju, wymagającą opanowania ambicji zaborczej i pychy, a także zarozumiałości, próżności, snobizmu i żądzy władzy”1. (...)

PŁYTOTEKA

Palcem po płycie – Martha Mödl i Wolfgang Windgassen, giganci wagnerowskiego śpiewu

Adam Czopek

Martha Mödl
The Queen of Drama in Opera
Membran 600188 • w. 2015

Wolfgang Wildgassen
Der erste Heldentenor in Neu-Bayreuth

Membran 600212 • w. 2015


Oboje przez całą swoją karierę należeli do elitarnego grona najlepszych śpiewaków w wagnerowskim repertuarze. Ich kreacje wagnerowskich heroin i herosów przeszły do historii jego teatru. Inne partie traktowali marginesowo. Dowodem ich wagnerowskich pasji jest zebranie i wydanie w dwóch dziesięciopłytowych kompletach ich wagnerowskich (i nie tylko) kreacji wokalnych. Jej album, to Martha Mödl, królowa dramatycznej opery. Jego Wolfgang Windgassen, pierwszy tenor w Bayreuth. to ciekawy kawał historii opery. Zawartość każdego z albumów stanowią nie tylko arie, są na nich również całe sceny dające przy okazji możliwość podziwiania wokalnego kunsztu nie tylko Mödl i Windgassena, ale również całej rzeszy znanych i cenionych śpiewaków z którymi występowali. Trafia się więc okazja słuchania między innymi wspaniałego głosu Hansa Hottera w partii Wotana, Maxa Lorenza w roli Siegmunda, Ramona Vinaay jako Tristana, Birgit Nilsson w partii Izoldy oraz Astrid Varnay jako Brunhildy. Oczywiście w każdym z albumów spotykamy wspólne sceny i duety Marthy Mödl i Wolfganga Windgassena, którzy byli parą o jakiej marzy każdy dyrektor teatru operowego. Do tego dodać należy udział legendarnych mistrzów batuty, z których kunsztem się spotkamy, by wspomnieć klasę Hansa Knappertsbuscha, precyzję Josepha Kleibertha, wyobraźnię Wilhelma Furtwänglera czy elegancję Clemensa Kraussa. Szkoda tylko, że zabrakło w tym towarzystwie Wolfganaga Sawallischa, Karla Böhma czy Georga Soltiego, a przecież pod batutami obu mistrzów występowali i nagrywali nasi bohaterowie. Jestem przekonany, że umieszenie ich nagrań w tych albumach podniosłoby ich atrakcyjność. .(...)

PŁYTY ZRECENZOWANE W NUMERZE

Bach JS - Koncerty skrzypcowe nr 1 i 2 - Sony 888430877924 - *****
Bach JS - Partity na skrzypce solo - Panclassics PC 10298 - *****
Bach JS - Utwory klawesynowe i organowe - Chromart Classics TXA14038 - ***
Beethoven L - Koncerty fortepianowe nr 3 i 5 - Onyx 4125 - ****
Beethoven L - Kwartety op. 59 & 74 - Thorofon CTH2611/2 - ****
Beethoven L - Kwartety smyczkowe wol. 2 - Audite 92.681 - ****
Bruckner A - Symfonia nr 6 - Profil PH14021 - *****
Byrd W - Infelix ego - Phi LPH014 - *****
Cooman C - Litany - muzyka organowa - Divine Art dda 25116 - ***
Ellis D - Concert music - Divine Art dda 25119 - ****
Elsner J - Utwory skrzypcowe - FFV Records FFV 004 - *****
Fokkens R - Tracking lines - Métier msv28535 - ****
Hildegard von Bingen - Vox Cosmica - Caroe Diem CD-16304 - Płyta miesiąca
Karlsen KM - Meditatio - Aurora ACD5079 - ****
Liszt F - Dzieła fortepianowe - Telos Music CD TLS 141 - ****
Mahler G - Symfonia nr 5 - Profil PH14045 - ****
Marcus Blunt - Sonaty 1-3 - Diversions ddv24148 - ***
Mendelssoh F - Kwartety smyczkowe wol. 4 - Audite 92.659 - *****
Mendelssohn F - Kwartety smyczkowe wol. 3 - Audite 92.658 - ****
Meyer K - Kwartety smyczkowe nr 1, 2, 3 - Naxos 8.573165 - *****
Spohr L - Die letzte Dinge - Carus 83.294 - *****
Tansman A - Piano music - Naxos 8.573021 - *****

Martha Mödl - The Queen of Drama in Opera - Membran 600188 - Płyta miesiąca
Pavarotti - Classic Duets - Decca 478 7583 - *****
Wolfgang Wildgassen - Der erste Heldentenor in Neu-Bayreuth - Membran 600212 - Płyta miesiąca