Muzyka21 nr 8/193 - sierpień 2016 r. - rok XVII

W lipcowym numerze Muzyka21 pisaliśmy jak bardzo polski repertuar jest lekceważony przez narodowe instytucje takie, jak Filharmonia Warszawska i warszawska Akademia Muzyczna, jak bardzo instytucje te, a także inne, działają wbrew ideologii propagowanej przez MKiDN. Dzisiaj kolejny odcinek na ten temat.

W październiku ma się odbyć jubileuszowy, XV Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego, który powstał we współpracy organizatora Konkursu, Towarzystwa Muzycznego im. Henryka Wieniawskiego i Maksyma Wengerowa. Został on objęty patronatem honorowym Prezydenta Andrzeja Dudy, a finansowany jest dzięki wielu polskim podmiotom prywatnym i publicznym.

Wszystko to brzmi znakomicie, wielka promocja Polski w świecie. Ale czy na pewno? Już sam koncert inauguracyjny pozostawia duży niedosyt. Impreza poświęcona Henrykowi Wieniawskiemu – gra laureatka poprzedniego konkursu, który wygrała jego I Koncertem skrzypcowym. Czy nie mogła się nauczyć II Koncertu na otwarcie w tym roku? Pewnie nikt o tym nie pomyślał, skoro gra Koncert Beethovena? A może organizatorzy pozazdrościli Warszawie i u siebie w Poznaniu też chcą czcić wielkiego Ludwiga? W ogóle cały repertuar jest jakiś dziwny: na początek Adagio na smyczki z III Symfonii Pendereckiego, a po Beethovenie, VII Symfonia Dworzaka. Można sobie tylko wyobrazić tę burzę mózgów w Towarzystwie poświeconą programowi tego koncertu!

Kuriozalny jest również program konkursu. Henryk Wieniawski napisał bardzo dużo muzyki na skrzypce z fortepianem, solowej, a także z orkiestrą. W sumie około 50 pozycji, w tym co najmniej cztery utwory z orkiestrą, w tym dwa koncerty. Konkurs Chopinowski może od założenia w okresie miedzywojennym wymagać od uczestników grania tylko muzyki Chopina, a Konkurs Wieniawskiego tak jakby nie do końca wierzył w wartość muzyki swojego patrona i pozwala na wygranie konkursu niemalże nie grając jego muzyki.
W pierwszym etapie biorący udział muszą wykonać 5 utworów, z czego tylko dwa Wieniawskiego, pozostałe są niepolskie.
W drugim etapie wśród 16 utworów, z których trzeba wybrać trzy, jest tylko jeden Henryka Wieniawskiego. Wśród sonat skrzypcowych do wyboru są te Brahmsa, Bartóka, Elgara, Faurégo, Francka, Griega, Ravela, Schuberta i Schumanna. A dlaczego nie Sonata Józefa Wieniawskiego? Co ten biedny Józef, utalentowany brat Henryka, zrobił Towarzystwu, że się go wstydzi? Dodać należy, że poza Wieniawskim żaden inny polski kompozytor nie dostąpił zaszczytu zaistnienia w tym etapie.
Nie lepiej jest w etapie trzecim. Tam nie ma żadnego kompozytora z Polski, w tym patrona – skandal!
No i wreszcie etap czwarty. Wykonawca ma do wyboru 13 koncertów: 2 Wieniawskiego, jeden Karłowicza i jeden Lipińskiego, a poza tym same propozycje zagraniczne. Czy naprawdę nie można dać do wyboru wykonawcom tylko utworów na skrzypce z orkiestrą Wieniawskiego? A jeśli nie, to czy nie można im zaproponować 13 lub więcej koncertów, ale tylko polskich? Przecież mamy w tej materii ogromne tradycje i dokonania, tylko trzeba je znać i chcieć promować, a nie wstydliwie ukrywać je przez adeptami sztuki violinistycznej, być może w przyszłosci artystami tej rangi, co Henryk Szeryng czy Bronisław Huberman.

Czy po to organizujemy w Polsce konkurs, by promować Brahmsa, Czajkowskiego, Sibeliusa, Paganiniego? Są inne w świecie konkursy, które się tym zajmują, a my, wysilmy się i promujmy to, co nasze. Przecież artyści nie przyjeżdżają na konkurs zagrać do kotleta jurorom co się nawinie, ale po to by wygrać co najmniej 30.000 Euro. Niech więc się trochę pomęczą nad polskim repertuarem. A jak się pomęczą, to może poniosą go w świat i lepiej zaprezentują niż robią to, a raczej nie robią, nasi rodzimi twórcy?

Osobami odpowiedzialnymi za Konkurs nie są jakieś niezidentyfikowane zielone ludziki, ale całkiem konkretne osoby. Zarząd Towarzystwa, to : Bartosz Bryła – Prezes Zarządu, Kalina Cyz, Piotr Frydryszek – Wiceprezes Zarządu, Michał Grabarczyk, Janusz Kempiński, Alina Kurczewska – Wiceprezes Zarządu, Katarzyna Liszkowska – Sekretarz Zarządu, Andrzej Łapa – Wiceprezes Zarządu, Waldemar Łyś, Wojciech Nentwig, Adam Nowak, Romuald Połczyński, Aleksander Radzewski, Andrzej Tatarski, Andrzej Wituski – Dyrektor Międzynarodowych Konkursów im. Henryka Wieniawskiego . Rada naukowa Towarzystwa, to: Jan Stęszewski – Honorowy przewodniczący, Maciej Jabłoński– Przewodniczący, Renata Suchowiejko – Wiceprzewodnicząca, Andrzej Jazdon – Wiceprzewodniczący, Zofia Chechlińska, Dieter Gutknecht, Janusz Kempiński, Irena Poniatowska, Robin Stowell, Jarosław Żołnierczyk, Katarzyna Kułagowska-Urbaniak – Sekretarz.
Tyle znakomitych osobistości. Aż trudno uwierzyć, że nikomu z nich nie zależy na polskiej kulturze!
Niestety, nie udało nam dowiedzieć się, kto w MKiDN odpowiada za Konkurs i z równym „poświęceniem” jak wcześniej wymienieni „dba” o polską kulturę.

MKiDN przypomina nam o patriotyzmie. Ale co z tego, kiedy za tym nie idą żadne działania. Ministerstwo rozdaje pieniądze, ale w żaden sposób nie egzekwuje działań, które by naszą kulturę promowały. Przykładem tego jest nasze, państwowe wydawnictwo PWM i Konkurs Wieniawskiego. Przeznaczamy ogromne fundusze na nagrody dla laureatów i na organizację Konkursów, a dzieła Henryka Wieniawskiego są wciąż nie do końca wydane. W tej chwili wydawaniem ich zajmuje się PWM i Towarzystwo Wieniawskiego. W ich informacji dotyczącej wydania dzieł wszystkich, na samym końcu czytamy „(…) Komitet [redakcyjny] uzna swoją rolę za spełnioną, jeśli Dzieła przyczynią się do szerokiego upowszechniania cennej spuścizny artystycznej Henryka Wieniawskiego”. Teraz już wiadomo, dlaczego to tak długo trwa – skończywszy swą pracę Komitet musiałby się rozwiązać.

ŻYCIE

Kraków. Cosi fan tutte Mozarta w Filharmonii Krakowskiej. Tę jedną z ostatnich oper Mozarta miałem okazję podziwiać cztery lata temu na deskach wiedeńskiej Staatsoper, co opisałem na łamach Muzyka21. Wersja koncertowa tego dzieła, wystawiona w Filharmonii Krakowskiej, wydawała się dużo mniej atrakcyjna, jednak skład wykonawców zapowiadał, że powinno być ciekawie. Capelli Cracoviensis i Janowi Tomaszowi Adamusowi „kibicuję” od czasu konfliktu, jaki powstał na tle przekształcenia orkiestry w formację muzyki dawnej, grającej na instrumentach z epoki. W recenzji z Juliusza Cezara Haendla napisałem, że doczekaliśmy się w Krakowie zespołu, który może trwale zaistnieć na europejskiej scenie muzycznej. Minęły cztery lata i przepowiednie te stały się faktem. Capella Cracoviensis to orkiestra, która nie odbiega poziomem od czołowych europejskich zespołów grających na instrumentach historycznych. Najważniejszym jednak powodem, dla którego zdecydowałem się wybrać do Filharmonii Krakowskiej był występ Natalii Rubiś-Krzeszowiak, żony Krystiana Adama, w partii Fiordiligi. O Krystianie i jego nadzwyczajnych umiejętnościach pisałem już wielokrotnie, teraz mam okazję poświęcić trochę miejsca jego uroczej i niebywale utalentowanej małżonce. Dokładnie rok temu wspomniałem o studiach Natalii na Wydziale Wokalnym i Operowym Uniwersytetu Yale. Staram się w miarę na bieżąco śledzić jej osiągnięcia, między innymi w transmitowanych na żywo produkcjach operowych Yale School of Music, jak Sen nocy letniej Brittena, gdzie kreowała partię Heleny. Reżyserowała Claudia Solti, córka wybitnego dyrygenta Georga Soltiego, a dyrygował Rune Bergmann. Wystąpiła również w Wesołej Wdówce Lehara. Widać, że wszystko zmierza w dobrym kierunku i – jak wtedy napisałem – Natalia z pewnością wkrótce dołączy do grona największych gwiazd opery.(...)

Mariusz Trojanowski

Kraków. 90 lat artysty niezawodnego. Jubileusz Juliusza Łuciuka w Filharmonii Krakowskiej. Koniec maja dostarczył jak najlepszych wrażeń miłośnikom twórczości Juliusza Łuciuka. Krakowski kompozytor od lat daje się rozpoznawać w estetyce bardzo dla siebie charakterystycznej, opartej na własnej koncepcji tonalności, która z kolei podporządkowana jest kreacji kolorystycznej. Te elementy warsztatu twórczego, uzupełnione owocami bogatej inwencji melodycznej, Łuciuk trwale połączył z treściami religijnymi, koncentrując się na sacrum mniej więcej od połowy własnej drogi artystycznej. Jest to zatem profil wyrazisty, konsekwentnie naznaczany rozwiązaniami kompozytorskimi, charakterystycznymi niczym dźwiękowy autograf. Świadomi słuchacze wiedzą jednak, iż Łuciuk posiadł także pewną unikatową umiejętność. Otóż swoją dobrze już rozpoznaną brzmieniowość i poetykę potrafi wciąż inaczej oświetlać, inaczej rozkładać akcenty, podawać w różnych kontekstach. Innymi słowy – po ponad sześćdziesięciu latach komponowania, źródło własnych mocy twórczych wciąż pozwala Łuciukowi zaskakiwać, zachwycać, dawać poczucie odkrywczej świeżości. I zapewne to właśnie ten niewyczerpany imperatyw sprawił, że prawykonanie oratorium Wzgórze w krainie Moria, które miało miejsce 30 kwietnia w Filharmonii Krakowskiej, było wydarzeniem nieprzeciętnej rangi..(…)

Grzegorz Majka

Radziejowica. Jak co roku, od ośmiu lat, odbył się w Radziejowicach Letni Festiwal im. Jerzego Waldorffa. Rozpoczął się w ostatnią sobotę czerwca (25) i zakończył się w pierwszą sobotę lipca (2). Program tegorocznego festiwalu był, jak zawsze, oryginalny i odkrywczy. W repertuarze znalazły się dzieła dobrze znane i lubiane przez publiczność, nie zabrakło też wysmakowanych i oryginalnych odkryć. Niestety, z przyczyn ode mnie niezależnych, mogłam być tylko na dwóch koncertach, drugim i przedostatnim. Nie mogłam więc wysłuchać moich ulubionych artystów, Janusza Olejniczaka, Jerzego Maksymiuka i Sinfonii Varsovii, którzy na otwarcie imprezy zaserwowali trzy utwory: Jerzego Maksymiuka Liście gdzieniegdzie spadające na orkiestrę kameralną i fortepian, Maurycego Ravela Koncert fortepianowy G-dur i Ludwiga van Beethovena II Symfonię D-dur op. 36.(...)

Magdalena Wolińska

Kraków. Festiwal Muzyczny w Łańcucie (21 – 29 maja 2016 r.) po raz pięćdziesiąty piąty.

Pod znakiem orkiestr kameralnych.

Tegoroczny Festiwal w znacznym stopniu upłynął pod znakiem występów orkiestr kameralnych. Orkiestra Polskiego Radia w Poznaniu „Amadeus” jest zespołem, który wypracował własne, indywidualne brzmienie, zapewniające mu rozpoznawalność. Poza tym, grę tego zespołu wyróżnia nienaganna artykulacja i dbałość o kulturę brzmienia, charakteryzującego się głęboko nasyconym dźwiękiem o aksamitnym zabarwieniu, kiedy indziej jednak, poza omawianym koncertem, potrafiącym być nawet szorstkim i brutalnym, gdy wymaga tego partytura kompozycji nie tak odległych w czasie.(…)

Lesław Czapliński

Kraków. Śpiewacy wartburscy. Choć trudno jednoznacznie określić czas i miejsce akcji, pozostał za to konflikt pomiędzy światem antycznym a chrześcijańskim. Choć w krakowskiej inscenizacji może się wydawać, że zasada carpe diem pokonuje czas apokaliptycznego wypełnienia, skoro w finale pretorianie boginki zapalają papierosy na znak raczej zwycięstwa niż porażki (w niedzielę 12 czerwca jeden z nich, po wygranej Polski w meczu z Ulsterem, pojawił się nawet z polskimi barwami, wymalowanymi na obydwu policzkach)? Zresztą jedynym, konsekwentnie przeprowadzonym wątkiem w tym przedstawieniu okazuje się właśnie pokusa uzależnienia od nałogu nikotynowego, ponieważ papierosy są atrybutem zarówno Wenus i jej przybocznych, landgrafa Hermana, wreszcie samego Tannhäusera. (...)

Lesław Czapliński

Mnichów. Żydówka w Mnichowie. Również Opera Bawarska ma swój letni festiwal, który zainaugurowała w tym roku premierą Żydówki Jacques’a Fromentala Halévy’ego, kiedyś bardzo popularnej (reż. Calixto Bieito, kier. muz. Bertrand de Billy, premiera: 26 czerwca 2016 r.).
Moja babcia, która znaczną część dzieciństwa spędziła w loży lwowskiego Teatru Wielkiego, opowiadała mi makabryczne i pikantne szczegóły operowych fabuł, w tym zakończenie tej właśnie, kiedy tytułowa bohaterka ginie w kotle z wrzącym woskiem (sic!). Jej akcja rozgrywa się w Konstancji, mieście sławnego soboru, już po spaleniu Husa i bezpośrednio po rozgromieniu jego zwolenników.(...)

Lesłąw Czapliński

Wiedeń. Elżbieta Wiedner-Zając, pianistka i kompozytorka. W ramach cyklu spotkań z wybitnymi polskimi muzykami działającymi w Austrii, 16 marca br. Instytut Polski w Wiedniu zaprosił znaną pianistkę, kompozytorkę i pedagoga, Elżbietę Wiedner-Zając. Urodzona w 1944 r. w Będzinie artystka studiowała pod kierunkiem znakomitych profesorów: w Polsce w PWSM w Katowicach i w Gdańsku u Zbigniewa Śliwińskiego, w USA na Uniwersytecie Michigan w Ann Arbor u György’ego Sandora, a następnie w Hochschule für Musik und darstellende Kunst w Wiedniu u Dietera Webera. To otworzyło jej drogę do sukcesów na międzynarodowych konkursach i estradach koncertowych w Europie, Azji i Ameryce, udokumentowanych licznymi nagraniami radiowymi i telewizyjnymi. Od 1979 r.
Elżbieta Wiedner-Zając mieszka w Wiedniu, w 1982 r. podjęła pracę pedagogiczną w Hochschule für Musik und darstellende Kunst (obecnie Universität für Musik und darstellende Kunst), po habilitacji w 2004 r. jako profesor nadzwyczajny. (...)

Marek Feliks Nowak

Londyn. Łucja z Lammermoor należy do najznamienitszych oper Gaetano Donizettiego, jednego z przedstawicieli (obok Rossiniego oraz Belliniego) włoskiej opery bel canto. Akcja dzieła, podkreślona doskonałą muzyką włoskiego kompozytora, jest dobrze znana i cieszy się uwielbieniem miłośników opery. Losy neurotycznej, nieszczęśliwej Łucji poruszają widzów i słuchaczy od wieków, we wszystkich zakątkach świata. Jest to także portret obyczajowości tamtych czasów, trudnych relacji międzyludzkich, braku wolności oraz uległości kobiet wobec mężczyzn. ( ...)

Damian Ganclarski

CZŁOWIEK

Jerzy Katlewicz - kapelmistrz z szerokim gestem

Lesłąw Czapliński

16 listopada 2015 r. w Krakowie zmarł Jerzy Katlewicz, jeden z najwybitniejszych polskich mistrzów batuty ubiegłego stulecia. Niezwiązany etatowo z żadną z czołowych instytucji muzycznych w kraju, niestety, cieszył się raczej sławą o zasięgu lokalnym. Urodził się 2 kwietnia 1927 r. w Bochni.(...)

Nadszedł czas na Duranowskiego!

ze skrzypkiem Pawłem Wajrakiem rozmawia Arkadiusz Jędrasik

Rozmawiamy tuż przed premierą płyty z muzyką Augusta Duranowskiego wydanej przez Acte Préalable…
…którego twórczość pozostaje do tej pory właściwie nieznana, a utwory zarejestrowane na niniejszym albumie nie były nigdy wcześniej nagrane. Dzięki pomysłowi pana Jana A. Jarnickiego, który z niespotykaną determinacją odnajduje, utrwala i pokazuje światu zapomniany dorobek polskiej kultury muzycznej, mogłem poznać twórczość Duranowskiego, o którym wcześniej nie słyszałem, a następnie przygotować niektóre z jego dzieł do pierwszej prezentacji we współczesnych nam czasach. Pan Jarnicki zaproponował sfinansowanie technicznej strony nagrania i wydania albumu, natomiast po mojej stronie pozostało zorganizowanie wszystkiego, co niezbędne, by takiego nagrania dokonać. Potrzebna była orkiestra, kameraliści, studio, a także czas, by spuściznę kompozytora opracować i przygotować do publicznego wykonania. Jeśli chciałem utrwalić muzykę Duranowskiego, musiałem pokonać nie tylko trudności wykonawcze, ale także bariery organizacyjne i finansowe. Oparłem to zadanie o konsorcjum osób i instytucji, które zechciały wesprzeć nasze ambitne zamierzenie.


Kim był August Duranowski?
Przede wszystkim jednym z najwybitniejszych wirtuozów skrzypiec swoich czasów. Z urodzenia – jak Chopin – pół Francuz, pół Polak. Urodził się w Warszawie ok. 1770 r., gry na skrzypcach uczył się m.in. w Paryżu u samego Giovanniego Battisty Viottiego, później związał się z ośrodkami muzycznymi w Dreźnie, Brukseli i Strasburgu. Prowadził intensywną działalność koncertową, podróżował po całej Europie. Jego gra zaskarbiała uznanie zarówno na dworach koronowanych głów, jak w licznych posiadłościach możnych, mecenasów sztuki, wreszcie wśród zwykłej publiczności. Nie dziwi twórczość kompozytorska Duranowskiego – skrzypka. To oczywiste, że prócz ówcześnie znanych i podziwianych kompozycji, każdy wirtuoz-artysta chciał mieć w repertuarze dzieła niezwykłej trudności, które wykonać umiał tylko on sam. Takie perły mógł Duranowski napisać sobie własnoręcznie. Kompozytor był również koncertmistrzem orkiestr m.in. w Dreźnie i Strasburgu, płacono mu dobrze, jednak cierpiał nieustannie na brak pieniędzy. Był popularny, wręcz sławny, ale podobnie jak dzisiejsi celebryci, żył swobodnie, w pełni wolności jako człowiek i artysta. Odsyłam do artykułu, znajdującego się w książeczce płyty, a napisanego przez znakomitą muzykolog i redaktor Polskiego Radia, dr Aleksandrę Kłaput-Wiśniewską. Przeczytamy tam wiele udokumentowanych, a nieprawdopodobnych na pierwszy rzut oka, historii z życia kompozytora. Warto również dodać, że sam Paganini wspominał o imponującej sprawności wirtuozowskiej Duranowskiego i podobno wiele rozwiązań do swojej techniki skrzypcowej zaadaptował.(,,,)

Legendy Polskiej Wokalistyki (58) – Barbara Miszel-Giardini

Adam Czopek

Na afiszach scen i estrad, na których występowała, figurowała też jako Barbara Miszel, Barbara Giardini, Barbara Giardini-Michel. Należała do grona śpiewaczek, które większość kariery spędziły na zagranicznych scenach, przez co w kraju niewiele wiedziano o ich dokonaniach i sukcesach. A miała się czym pochwalić, oklaskiwano ją bowiem na scenie Hessisches Staatstheater w Wiesbaden, Deutsche Oper am Rhein w Dusseldorfie, Nationale Reisopera w Enschede, Opernhaus w Zurychu, Grand Theatre de Geneve. Ponadto podziwiano ją na scenach teatrów operowych Kolonii, Frankfurtu, Mannheim, Paryża, Aten, Lozanny i Tuluzy. Należała do grona śpiewaczek, w których repertuarze dominowały partie z oper Giuseppe Verdiego. Amneris w Aidzie, Azucena w Trubadurze, Ulryka w Balu maskowym, Eboli w Don Carlosie, Quickly w Falstaffie, Magdalena w Rigoletcie, przez wiele lat wyznaczały rytm jej scenicznych występów. Ceniono też jej kreacje w partiach Santuzzy w Rycerskości wieśniaczej Mascagniego, tytułowej Carmen w operze Bizeta. Wyjątkowo ceniona za wybitną kreację Judith w operze Honeggera, której partię pierwszy raz zaśpiewała w 1962 r. na scenie Opery Warszawskiej pod batutą Henryka Czyża, który od razu nazwał ją „cudowną Judytą”. „Ruch Muzyczny” odnotował, że „Barbara Miszel wywiązała się wspaniale z trudnej roli tytułowej, jej ekspresja była w każdej nucie i geście. Ogromna tesytura tej partii nie wykracza poza jej możliwości, głos niósł pięknie na tle orkiestry i wspaniałych chórów”. Później śpiewała Judithę również pod dyrekcją Bohdana Wodiczki. W 1970 r. pod dyrekcją Henryka Czyża wystąpiła jako Judith w Berlinie z Berliner Philharmoniker. Pozostając jeszcze w Operze Warszawskiej, kierowanej przez Wodiczkę należy wspomnieć, że wzięła udział we wszystkich ważnych premierach w tym czasie. Była Jokastą w Królu Edypie Strawińskiego (styczeń 1962), Kornelią w Juliuszu Cezarze Haendla (kwiecień 1962), Judytą w Zamku księcia Sinobrodego Bartóka (luty 1963). Jednak swój start w Operze Warszawskiej rozpoczęła w 1957 r. od tradycyjnie niewielkich partii Suzuki w Madama Butterfly Pucciniego oraz Mercedes w Carmen Bizeta. Jako Jadwiga w Strasznym dworze wystąpiła gościnnie w Operze Bałtyckiej w Gdańsku (1957) i Operze Śląskiej w Bytomiu (1975). (...)


Pacho Flores – człowiek z trąbkami

Alina i Stafean Banasiak

Wenezuelski trębacz Pacho Flores to artysta, który sam siebie nazywa „człowiekiem z trąbkami”, bowiem posiada imponującą kolekcję dwudziestu trzech instrumentów, na których gra regularnie. Na swojej pierwszej płycie, zatytułowanej Cantar, używa jedynie dziewięciu trąbek, zwracając szczególną uwagę na brzmienie każdej z nich i dobierając do każdego utworu idealny instrument. Efektem tego jest jakość nieporównywalnego dźwięku, która daje uczucie fizycznego powiązania z trąbką którą słyszy, ale której nie widzi, a jednak czuje, jakby była przed nim. „Trąbka, wśród instrumentów dętych, ewoluowała najbardziej w ostatnich latach” twierdzi Pacho Flores, wymieniając trąbki, które wykorzystał w tym nagraniu: trąbka piccolo B-dur, trąbka piccolo a, trąbka f, trąbka Es-dur, trąbka d, trąbka c, trąbka B-dur, róg myśliwski i kornet.(...)

Grigorij Sokołow - charyzmatyczny artysta

Justyna Midura

Podchodzący z dystansem do realizacji nagrań studyjnych, unikający rozgłosu, wywiadów – biznesu muzycznego – rosyjski pianista Grigorij Sokołow inspiruje artystów na całym świecie. Jest stawiany w jednym rzędzie obok takich nazwisk wielkich muzyków, jak Vladimir Horowitz, Światosław Richter i Glenn Gould. Chociaż daje recitale i okazjonalnie pozwala na dopuszczenie do obrotu handlowego nagrań wykonanych podczas występów – jest w rzeczywistości samotnikiem i świadomie pozostaje na uboczu.(...)

 

Między puryzmem a romantyzmem - Akademie für Alte Musik Berlin

Dominika Stopczańska

Akademie für Alte Musik Berlin (w skrócie: Akamus) jest orkiestrą kameralną założoną w 1982 r. we wschodnim Berlinie. Poszukując informacji na temat zespołu za pośrednictwem jednej z największych zdobyczy współczesnej myśli informatycznej – czyli wyszukiwarki Google – dowiemy się, że regularnie koncertuje do dziś, nagrał kilkadziesiąt płyt i w swojej kategorii jest jednym z najlepszych na świecie. Z tym ostatnim trudno zresztą polemizować. Akamus nie bez powodu jest laureatem znaczącej liczby nagród, spośród których za najważniejsze należy uznać Grammy (2002), czy International Classical Music Award (2011). Obie zespół otrzymał za wykonania arcydzieł muzyki XVIII w.: w pierwszym przypadku za płytę z włoskimi ariami Christopha Willbalda Glucka (Christoph Willbald Gluck: Italian Arias mit Cecilia Bartoli) w drugim za wykonanie Czarodziejskiego fletu Wolfganga Amadeusza Mozarta. Okres, z którego pochodzą te kompozycje może nieco dziwić. Nazwa zespołu wyraźnie bowiem sugeruje, iż powinien się on trudnić przede wszystkim wykonywaniem tzw. muzyki dawnej (niem. Alte Musik, ang. early music), z reguły definiowanej jako taka, która powstała w baroku bądź wcześniej i, która wymaga od muzyków zdobycia szczególnej wiedzy o ówczesnej praktyce wykonawczej (tak m.in. Harry Haskell, Early music, w: New Grove Dictionary of Music and Musicans). Mimo pewnych elementów stylistycznych stanowiących reminiscencję poprzedniej epoki, zarówno twórczość Glucka jak i Mozarta bez poważniejszych wątpliwości zalicza się do klasycyzmu. Warto jednak zauważyć, że zaledwie rok po założeniu zespołu znany już wówczas interpretator muzyki dawnej, Nikolaus Harnoncourt, w swej pracy Muzyka mową dźwięków (Musik als Klangrede, 1983) stwierdził, iż muzyką dawną jest każda muzyka powstała na tyle wcześnie, że nikt z żywych nie poznał jej bezpośrednio. Tym samym rozszerzył tę specyficzną kategorię o blisko dwa stulecia, aż do schyłku dziewiętnastego wieku. Koncepcja ta dość szybko została przyjęta przez spore grono zarówno teoretyków jak i wykonawców (m.in. z pewnymi modyfikacjami przez Bruce’a Haynesa) i, jakkolwiek pewne wątpliwości istnieją, co do zasadności kwalifikowania twórczości Wagnera czy Czajkowskiego jako muzyki dawnej, to w odniesieniu do kompozycji powstałych w XVIII i na początku XIX w. są one zdecydowanie rzadsze. Ze względu na dobór repertuaru działalność Akamus należy więc zaliczyć do nurtu muzyki dawnej. Co jednak z drugą częścią definicji Harry’ego Haskella? Czy członkowie zespołu wykorzystują w swych wykonaniach jakąś szczególnie precyzyjną i popartą naukowymi dowodami wiedzę o dawnej praktyce wykonawczej? Wątpliwości nie budzi raczej to, że ją posiadają, o czym świadczą solowe kariery poszczególnych jej członków, chociażby skrzypka Georga Kallweita, czy oboisty Michaela Boscha. Nie przekłada się to jednak w pełni na grę zespołową, a samą działalność orkiestry trudno uznać za przykład purystycznego wykonawstwa „historycznie poinformowanego” (HIP – od ang. Historical Informed Performance). Muzycy co prawda wykorzystują instrumenty charakterystyczne dla dawniejszych epok – dęte blaszane bezwentylowe, drewniane bezklapowe oraz pre-tourtowskie smyczki – zarazem jednak towarzyszy im wieloosobowy, zamiast typowego jeszcze dla XVIII w. kilkuosobowego, chór, dyrygent, którego funkcja powstała dopiero w XIX w., a i samo wykorzystanie historycznych instrumentów nie zawsze jest zgodne z traktatową wiedzą (wystarczy chociażby wspomnieć, że skrzypkowie równie często jak dawnych smyczków używają jak najbardziej współczesnych podbródków i żeberek). Warto jednak zauważyć, że, poza sugerującą związek z muzyką dawną nazwą, trudno znaleźć jakiekolwiek informacje o tym, jakoby Akamus było przedstawicielem nurtu HIP, sami członkowie nie zgłaszają zresztą takich pretensji. Na stronie zespołu możemy bowiem przeczytać, że jest on „orkiestrą kameralną” (ang. chamber orchestra), bez jakiegokolwiek odwołania do historyczności (w informacji o zespole ani razu nie pojawia się słowo „period”, które najlepiej przełożyć na polski jako „z epoki”). Oczywiście nie oznacza to, że zespół nie korzysta ze zdobyczy szeroko zakrojonych badań dotyczących wykonywania muzyki w dawnych epokach, zdaje się jednak, że nie rekonstrukcja jest jego celem. Mogłoby się więc wydawać, że takie niezdecydowanie, przejawiające się w dość wybiórczym i niekompletnym wykorzystywaniu zdobyczy badań nad dawną praktyką wykonawczą, powinno powodować trudności ze znalezieniem odpowiedniego odbiorcy. Dla wytrawnego, zaznajomionego z najnowszymi nowinkami ze świata nauki słuchacza rezygnacja z pewnych elementów typowych nurtu HIP jest z przyczyn etycznych niedopuszczalna, prowadzi bowiem do „wypaczenia” dzieł dawnych mistrzów. Z drugiej strony, mimo pewnej niekonsekwencji, Akamus brzmieniem zdecydowanie bardziej przypomina zespoły takie jak chociażby La Petite Bande, które nie zawsze trafia do gustów odbiorcy przyzwyczajonego do bardziej masywnego i jednorodnego charakteru klasycznej orkiestry filharmonicznej. Siłą rzeczy nasuwa się więc pytanie o przyczyny tak spektakularnego sukcesu Akamus. (...)

DZIEŁO

Maestro Donizetti i jego opery (7)

Anna Bolena

Adam Czopek

Rad jestem zawiadomić Cię, że nowa opera Twojego ukochanego i sławnego męża doznawała takiego przyjęcia, że lepsze trudno sobie wyobrazić. Sukces, triumf, obłęd; zdawało się, że publiczność wręcz oszalała. Jestem tak szczęśliwy, że chciałbym wprost płakać z radości…. – napisał Donizetti do żony Wirginii po prapremierze Anny Boleny, która miała miejsce 26 grudnia 1830 r. w Teatro Carcano w Mediolanie. Tego samego wieczoru na scenie La Scali odbyła się mediolańska premiera I Capuleti e i Montecchi Vinzenzo Belliniego, którego przez pewien czas uważano za rywala Donizettiego. Panowie często pisali swoje opery z myślą o tych samych primadonnach. Jak Donizetti, z myślą o walorach głosu Giuditty Pasty, skomponował partię tytułową w Annie Bolenie, to rok później – specjalnie dla niej – Bellini skomponował najpierw Normę, nieco później zaprosił ją do prawykonania partii Aminy w Lunatyczce (1831). Henrietta Méric-Lalande najpierw (1827) zaśpiewała partię Imogeny w Piracie Belliniego, po kilku latach (w 1833) Donizetti zaprosił ją do wykonania partii Lukrecji Borgii w prapremierze tej opery. Co zresztą bardzo musiał odpokutować, bo primadonna okazała się wyjątkowo kapryśna i nieskora do współpracy. Znacznie mniej wymagająca okazała się Giulia Grisi, pamiętna Elvira z paryskiej prapremiery Purytanów (1835), a wcześniej Julia z I Capuleti e i Montecchi Belliniego, która z radością przyjęła w 1843 r. propozycję Donizettiego zaśpiewania partii Noriny w prapremierze jego Don Pasquale. Wcześniej, w 1832 r. śpiewała partię Adelii w Ugo, conte di Parigi Donizettiego. Podobnie było w przypadku cenionego i sławnego Giovanniego Battisty Rubiniego, dla którego Bellini komponował partie tenorowe w Purytanach, Piracie i Lunatyczce, a Donizetti w Gianni di Calais, Il paria oraz Annie Bolenie.(...)

Różne oblicza Makbeta: Verdi i Shakespeare

Lesław Czapliński

Shakespeare przez całe życie stanowił dla Verdiego źródło twórczej inspiracji, choć tylko trzykrotnie przyszło mu zmierzyć się z dziełami angielskiego dramaturga. Pierwszym, napisanym w czasach młodości, był Makbet, a pod koniec życia powstały Otello oraz Falstaff.

PŁYTOTEKA

 

 

Palcem po płycie – Witold Maliszewski – wielki zapomniany

Stanisław Lubliński

Witold Maliszewski
Symfonia nr 3 c-moll op. 14, Koncert fortepianowy b-moll op. 27
Peter Donohoe, fortepian • Royal Scottish Narional Orchestra • Martin Yates, dyrygent
Dutton CDLX 7325 • w. 2016, n. 2015 • 70’57”

Kim był Witold Maliszewski? Postać całkowicie zapomniana, a przecież jego dorobek, całkiem pokaźny, był za jego życia publikowany, i to w kraju podobno nam wrogo nastawionym, czyli w Rosji. Gdy kompozytor wrócił do Polski po Rewolucji Październikowej, skończyła się jego dobra passa – w ojczyźnie właściwie nie publikowano jego dzieł.
W jego dorobku są m.in. cztery symfonie (trzy pierwsze wydane w Rosji) a także liczne utwory kameralne i solowe: trzy kwartety smyczkowe, kwintet smyczkowy, sonata skrzypcowa, miniatury fortepianowe – wszystkie wydane w Rosji. Jego dorobek po roku 1918 zachował się częściowo w postaci rękopisów, kilka utworów można wypożyczyć do wykonania z PWM. Zainteresowania polskich wydawców, wykonawców i muzykologów tym kompozytorem nie było. A przecież powinniśmy być dumni z naszego rodaka – uczył się między innymi u Mikołaja Rimskiego-Korsakowa, tak jak Głazunow czy Respighi, założył pierwsze konserwatorium na Ukrainie (w Odessie, pół roku przed założeniem konserwatorium w Kijowie). W odeskim konserwatorium do dziś pamiętają o założycielu i wykładowcy.
W Polsce Maliszewski był m.in. jednym z pierwszych nauczycieli Lutosławskiego. Muzyka kameralna i fortepianowa Maliszewskiego została prawie w całości już nagrana i wydana przez wydawnictwo Acte Préalable. Natomiast jego muzyka symfoniczna nie istnieje ani na płytach, ani na koncertach. Kilka nagrań archiwalnych spoczywających w archiwum Polskiego Radia i puszczanych od wielkiego święta o pierwszej w nocy wiosny nie czynią. Filharmonie też mają ważniejsze sprawy na głowie niż prezentowanie słuchaczom jego twórczości, Ministerstwo Kultury, niezależnie przez kogo kierowane, nie uważa, by warto było promować tego twórcę. Sytuacja dla Maliszewskiego wydaje się beznadziejną. W kraju, w którym wciąż się twierdzi – dlaczego? – że polska symfonika nie istniała, cztery symfonie Maliszewskiego aż się proszą, by je od czasu do czasu wykonywać.
Okazuje się, że poza Polską myśli się inaczej. Mało znane w Polsce brytyjskie wydawnictwo Dutton właśnie nas wyręczyło i wydało album płytowy w całości poświęcony Witoldowi Maliszewskiemu – zawiera III Symfonię c-moll op. 14 i Koncert fortepianowy b-moll op. 27.
To wielka niespodzianka, że zagraniczni muzycy zainteresowali się tym znakomitym kompozytorem. Jak bardzo różnią się poglądy cudzoziemców na naszą muzykę niech świadczy wypowiedź jednego z pracowników wydawnictwa: „Specjalizujemy się w wydaniach zapomnianych lub pomijanych kompozytorów – pomimo wielkiego talentu i zmysłu muzycznego Witold Maliszewski do takich należy. Fakt, że jego dzieło zostało wydane przez angielską firmę fonograficzną jest tylko dowodem na jego wielkość. Wybór został dokonany przez mojego szefa, Mike’a Duttona po konsultacjach ze znawcami muzyki poważnej w Wielkiej Brytanii”. A może minister kultury powinien korzystać raczej z rad brytyjskich ekspertów? Skoro do Komisji Smoleńskiej zaprasza się specjalistów z USA, żaden to wstyd zaprosić Brytyjczyków do promocji naszej muzyki, skoro rodzimi eksperci nie potrafią i nie chcą tego robić! Od lat składane wnioski do MKiDN o wsparcie nagrań muzyki symfonicznej Maliszewskiego są odrzucane przez polskich ekspertów.
Album otwiera III Symfonia c-moll op. 14 napisana przez Maliszewskiego jeszcze w Rosji w 1907 r. i tamże wydana. Składa się z czterech części: Allegro non troppo, Adagio misterioso, Temat z sześcioma wariacjami i jako finał Allegro giocoso. Jest to przykład pięknej, postromantycznej symfonii, mogącej śmiało mierzyć się z pochodzącymi z tego okresu utworami Niemców, Francuzów, Czechów czy Rosjan – gdyby Maliszewski wywodził się z tamtych krajów, jego twórczość na pewno już dawno by była w całości nagrana! Sam fakt, że Rosjanie uznali ten utwór za wart wydania, może świadczyć o jego wartości.
Pierwsza część zaczyna się melodią graną przez klarnety, do których dołącza obój i flet, wreszcie smyczki i blacha. Muzyka jest pełna napięcia, energii, po chwilowym przesileniu następuje fragment liryczny, po którym powraca początkowy motyw. Dominuje tu nastój triumfu.
Drugą część rozpoczyna seria smutnych akordów instrumentów dętych blaszanych, którym odpowiadają instrumenty dęte drewniane. Po chwili ten dialog jest przejęty przez smyczki rozjaśniające atmosferę. Kompozytor wykazuje się tu wyjątkową inwencją. Początkowy motyw ulega kilkakrotnej transformacji, by w zakończeniu pięknie wybrzmieć.
Trzecia część ma charakter neobarokowy. Temat rozpoczynają instrumenty dęte drewniane, po nim następuje 6 wariacji. Pierwsza, bardzo krótkie Allegro, nawiązuje do tematu. Druga, to powolny walc, podczas gdy trzecia, to Scherzo o szalonym tempie. Kolejna wariacja, której oznaczenie mówi samo za siebie, to Andante lugubre. Wariacja nr 5 – Romance – spokojniejsza, swobodnie skonstruowana. Ostatnia wariacja – Allegro feroce – znakomicie zorkiestrowana ukazuje, jakim mistrzem orkiestratorem był Maliszewski.
Czwartą część rozpoczyna radosny, taneczny fragment aż do pauzy, po której następuje przypomnienie mrocznych klimatów części drugiej. Nie trwa to jednak długo. Powraca radosny charakter z przetworzonym motywem tanecznym i tak przechodzimy ku triumfalnej konkluzji.
III Symfonię i Koncert fortepianowy h-moll op. 27 (1938), który jest jednym z ostatnich, a może ostatnim, utworów Maliszewskiego, dzieli ponad 30 lat. W tym czasie styl kompozytora bardzo się rozwinął, choć zachował charakterystykę dzieł z przełomu wieków. Należy tu wspomnieć, że zanim powstał Koncert, muzyk już wcześniej napisał utwór na fortepian i orkiestrę – Fantazję kujawską op. 25 z 1928 r. Imponujący początek Koncertu jest monumentalny, pełen masywnych akordów na zmianę z silnymi, powtarzającymi się unisono oktawami w basie sugerujące tragiczne podłożę emocjonalne. Orkiestra bardzo szybko przejmuje inicjatywę i pierwsza część przemienia się w rapsodie niewątpliwie inspirowaną Rachmaninowem. Solista wykazuje się tu miejscami niezwykłą wirtuozerią. Początek drugiej części zwraca się w stronę francuskiego impresjonizmu, co świadczy o ewolucji poglądów Maliszewskiego. Zwiewna konstrukcja tej części, w której rola instrumentów dętych blaszanych jest zminimalizowana, natomiast więcej do powiedzenia ma perkusja, zachwyci każdego słuchacza. Zachowana jest jedność tematu i ciągłość narracji. Ta lekkość dominuje także w trzeciej części. I tak złowieszczy wstęp okazał się tylko fasadą, za którą skrył się radosny, taneczny nastrój, i to aż do końca. Aż dziw bierze, że to dzieło jest całkowicie zapomniane. Każda polska filharmonia powinna sięgać po nie choć raz na kilka lat. Jestem pewny, że bywalcy Festiwalu Beethovenowskiego z większą radością wysłuchaliby tego dzieła, zamiast corocznego wysłuchiwania wszystkich koncertów Beethovena we wciąż tym samym wykonaniu Rudolfa Buhbindera. Może organizatorzy Festiwalu zaproponowaliby temu wybitnemu pianiści zagranie podczas jednego wieczoru i Koncertu fortepianowego, i Fantazji kujawskiej Witolda Maliszewskiego?
Dzieła Maliszewskiego zasługują na wybitną interpretację, i taką otrzymały od brytyjskiego wydawcy. Nagranie każdego z nich stanowi przykład muzykowania na najwyższym poziomie. Album jest niezwykle atrakcyjny i różnorodny – mamy w nim dzieło napisane na początku XX w. w Rosji i i utwór napisany u schyłku życia twórcy, w Polsce, na rok przed II wojną światową.
Płyta z dziełami symfonicznymi polskiego kompozytora świetnie przedstawia wspaniałe możliwości wykonawcze szkockiej orkiestry, muzyczną wrażliwość brytyjskiego dyrygenta i wirtuozowskie zdolności brytyjskiego pianisty. Ich kunszt to prawdziwy popis technicznej precyzji, dbałości o szczegóły oraz troski o piękne, wyraziste i soczyste brzmienie obu utworów.
Brawo dla pianisty, dyrygenta i orkiestry dających prawdziwy popis technicznej precyzji, dbałości o szczegóły oraz troski o piękne, przejrzyste a jednocześnie pełne brzmienie zarówno symfonii jak i koncertu. Album jest wyborny! Mam nadzieję, że brytyjska firma sięgnie po pozostałe utwory symfoniczne Maliszewskiego, a któraś z polskich filharmonii wpadnie na pomysł, by zaprosić ich, by dali nam pokaz, jak trzeba dbać o naszą muzykę.
Pozycja obowiązkowa w każdej płytotece!

PŁYTY ZRECENZOWANE W NUMERZE

Bach JS - Koncert y i Suita - Hänssler Classic HC16006 - NNNN
Beethoven K - Symfonia nr 3, Coriolan - Alia Vox AVSA9916 - *****
Cherpentier MA - Stances du Cid - Glossa GCD 923601 - *****
Dębski K - II Koncert skrzypcowy - Polskie Radio PRCD 1943 - Płyta miesiąca
Haendel JF - Imeneo HWV 41 - Glossa GCD 923405 - ****
Haydn J - Kwartety smyczkowe wol. 9 - NNNN
Haydn J - Symfonia nr 7 i 83 - Coro COR16139 - ****
Haydn J - Tria fortepianowe - Simax PSC1267 - *****
Homilius GA - Sacred Motets - MDG 602 0145-2 - ****
Maliszewski - Symfonia nr 3, Koncert fortepianowy - Dutton CDLX 7325 - Płyta miesiaca
Mayr S - Requiem g-moll - Naxos 8.573419-20 - Płyta miesiąca
Pachelbel J - Un orage d’avril - Harmonia Mundi HMC 902238 - *****
Persen J - Electronic Music - Aurora ACD5090 - ****
Prokofiew S - Koncerty fortepianowe, Symfonie - Mariinsky MAR0577 - ***
Scarlatti A - La Gloria di Primavera - Philharmonia PBP-09 - *****
Schütz H - Johannespassion SWV 481 - Carus 83.270 - ****
Taniejew S - Kwintet fortepianowy - MDG 307 1917-2 - *****
Vieuxtemps H - 36 Etiud op. 48, 6 Morceaux op. 55 - Naxos 8.573339 - ****
Vivaldi A - Sonaty wiolonczelowe - Zig Zag Territoires ZZT338 - *****
Weber CM - Koncerty klarnetowe - MDG 940 1922-6 - *****
Weinberg M - Symfonia op. 113; Symfonia nr 22 - Toccata Classcic TOCC0313 - *****

Bach/Vivaldi - Glossa GCD 923701 - *****
Quando cala la notte - Carpe Diem CD-16308 - ****
The Deer’s Cry - Coro COR16140 - *****

Psychologia muzyki - Pomiędzy wykonawcą a odbiorcą - Harmonia, Gdańsk 2015