Muzyka21 nr 10/194 - październik 2016 r. - rok XVII

 

Dwa miesiące temu skrytykowaliśmy poznański Konkurs Wieniawskiego za nadmierne eksponowanie repertuaru zagranicznego i ignorowanie polskiego. Pewien, chyba w gorącej wodzie kąpany, młody muzykolog z Poznania tak bardzo się nie zgadzał z naszym punktem widzenia, że kilka dni po ukazaniu się numeru sierpniowego Muzyka21 zadzwonił do redakcji, by niemalże wykrzyczeć swoją niechęć do głoszonych przez nasze pismo poglądów, oskarżył nas przy okazji o szowinizm.
Obowiązująca od dawna w polityce kultura, a raczej jej brak, rozlała się jak jakaś dżuma, czy też wirus zika, na całe społeczeństwo i każdy, kto ma odmienne zdanie, musi je w sposób „kulturalny inaczej” wykrzyczeć adwersarzowi nie szczędząc słów mniej lub bardziej obraźliwych.
Nie raz atakowano nas w przeszłości, więc i tym razem nie ugniemy się: będziemy dalej promowali muzykę polską i krytykowali tych, i tylko tych, którzy za nasze podatki jej nie krzewią. Jak ktoś jest Rockefellerem, lub innym Rotschildem, i majątek swój i swojej rodziny przeznacza na prezentowanie polskiej publiczności Beethovena, jego sprawa. Ale jak jego sposobem na życie jest wyciąganie ręki po publiczne pieniądze, by je zamienić na muzykę tegoż choćby Beethovena, będziemy zawsze głośno protestować.
Niestety, w Polakach jest coś takiego, co powoduje, że się wstydzą własnej kultury muzycznej. Właśnie muzycznej! Nikomu nie przyjdzie do głowy opisywać polską literaturę, rzeźbę, malarstwo, teatr, architekturę czy film jako mierne. Ale po polskich kompozytorach można jeździć „jak na łysej kobyle”, a wykształceni za polskie podatki muzykolodzy i inni „specjaliści” od muzyki, prześcigają się w udowodnianiu, że nasza twórczość jest nic nie warta – oczywiście poza Chopinem, Szymanowskim i Pendereckim: oni są na piedestale, reszta niewarta nawet cytowania!
Wspomniany „młody gniewny”, nieodrodny syn tej ziemi, znakomity adept polskiej muzykologii, nie omieszkał przy okazji spostponować twórczość Henryka Wieniawskiego i Stanisława Moniuszki. Im nie zaszkodził, siebie ośmieszył…

W sierpniu mieliśmy okazję zrobić przykrość organizatorom Konkursu Wieniawskiego, teraz pewnie przykrość zrobimy znakomitemu zespołowi Capella Cracoviensis i jego szefowi, Janowi Tomaszowi Adamusowi, a także sponsorom i patronom medialnym.
Po raz piąty w tym roku Capella Cracoviensis inauguruje cykl Matinée – koncerty edukacyjne dla juniorów i seniorów. Inicjatywa znakomita – w dzisiejszych czasach, gdy muzyka poważna została właściwie odesłana do lamusa, ktoś zadaje sobie trud, by ludziom pokazać piękno tej sztuki i wychowuje przyszłe pokolenia melomanów. Na tym nasz zachwyt się kończy.
Podczas sześciu koncertów, w założeniu edukacyjnych, nie przewidziano ani jednego utworu polskiego. W programie byli za to: Boccherini, Monteverdi, Boyvin, Dittersdorf, Castello, Schmelzer, Uccellini, Vivaldi, Steffani, Haendel, Torelli, de Victoria.
Muzyka polska w świecie jest właściwie nieznana. Czy dlatego, że jest zła? Sądząc po tym, że od czasu do czasu jakiś cudzoziemiec po nią sięga i się nią zachwyca, tak nie jest. Zupełnie niedawno na naszych łamach ukazała się entuzjastyczna recenzja płyty z muzyką Witolda Maliszewskiego nagraną przez Brytyjczyków w Wielkiej Brytanii, bez żadnego wsparcia z Polski, a także recenzje płyt z muzyką Tausiga i Michałowskiego nagranych przez Brazylijczyka. Prawdopodobnie dzięki temu, że nie studiowali ci artyści w Polsce, nikt im nie namieszał w głowie i nie przekonał, że nasza muzyka jest nic nie warta.
Oczywiście, przez nas przemawia pewnie szowinizm i stąd nasz zachwyt, ale ci cudzoziemcy nagrywali swoje płyty nie wiedząc, że my się nimi zainteresujemy. Ich po prostu ta muzyka zafascynowała!
Czym kieruje się znakomity muzyk, Jan Tomasz Adamus, pozbawiając seniorów i juniorów możliwości poznania muzyki polskiej? Wszyscy wymienieni zagraniczni kompozytorzy posiadają niezwykle obfitą dyskografię – najlepsi światowi wykonawcy ich nagrywają – bez problemu dostępną w Polsce.
Co ciekawe, partnerem koncertów jest Gmina Miasta Kraków i Narodowe Centrum Kultury. Zakładamy, że partner finansuje te koncerty. Zakładamy również, że to nasze pieniądze idą na to przedsięwzięcie, a nie prywatne fundusze ich szefostwa. Podobno nadrzędnym celem władzy publicznej jest takie dysponowanie naszymi podatkami, by w każdej dziedzinie Polska była rozpoznawalna w świecie. Czy grając Boccheriniego czy Vivaldiego podniesiemy naszą rangę w świecie, zwiększymy naszą rozpoznawalność?
Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o patronach medialnych: Polskie Radio Dwójka, Radio Kraków, TVP Kraków, Karnet. O ile pozostałych patronów medialnych nie znamy, o tyle Dwójka, dostępna w całym kraju (nie do końca, choć to radio ponoć publiczne, czy też narodowe), znana jest z niechęci do repertuaru rodzimego. Dlatego nie ma co się dziwić, że objęła swoim patronatem koncerty bez muzyki polskiej. Będzie mogła je puszczać na antenie w całości, bez niepotrzebnego wycinania tego, co polskie.

ŻYCIE

Świdnica. Międzynarodowy Festiwal Bachowski. Już od 16 lat w lipcu i sierpniu Świdnica wraz z okolicznymi miejscowościami gości światowej sławy artystów prezentujących nie tylko kompozycje Jana Sebastiana Bacha ale także repertuar innych twórców baroku, romantyzmu i współczesnych. Pomysłodawcą festiwalu i jego dyrektorem artystycznym jest znakomity dyrygent, szef Capelli Cracoviensis, Jan Tomasz Adamus. Głównym miejscem koncertów jest świdnicki Kościół Pokoju, którego kantorem w roku 1729 został Christoph Gottlob Wecker, uczeń Jana Sebastiana Bacha. Fakt ten dał pewną inspirację dla powstania tego festiwalu, który początkowo był raczej wydarzeniem lokalnym, ale już od pewnego czasu staje się imprezą zbliżoną rangą do najważniejszych tego typu festiwali: Misteria Paschalia i Wratislavia Cantans. Koncert pod wymownym tytułem Tylko Bach zapowiadał się arcyciekawie, zważywszy, że miał wystąpić Cafe Zimmermann, znakomity francuski zespół muzyki barokowej. Od momentu powstania w roku 1999 jest czołowym ansamblem prezentującym muzykę baroku, w szczególności zaś dzieła Jana Sebastiana Bacha. Nazwa pochodzi od fundacji Gottfrieda Zimmermanna, który w latach 1729–1739 wsławił się organizowaniem koncertów Collegium Musicum, założonym przez G. F. Telemana i prowadzonym przez J. S. Bacha. Mój kontakt z tym zespołem zaczął się od wysłuchania legendarnej już płyty Bacha Concerts avec plusieurs instruments.(...)

Mariusz Trojanowski

Kraków. Filharmonia Olsztyńska godna swego patrona. Na zakończenie jubileuszowych, 50 Dni Muzyki Organowej zabrzmiało w Filharmonii Krakowskiej oratorium Quo vadis op. 30 Feliksa Nowowiejskiego. Piotr Sułkowski z dwóch powodów przywiózł je do Krakowa. Przede wszystkim kierowana przezeń Filharmonia Olsztyńska nosi imię tego kompozytora, którego dochodzenie do polskości i Roty było długie i dokonało się w znacznej mierze za sprawą niemieckich przyjaciół z ławy szkolnej w gimnazjum. Z drugiej strony odbył studia dyrygenckie w klasie prof. Jerzego Katlewicza, który w 1969 r. przedstawił to dzieło na koncertach Filharmonii Krakowskiej z okazji uczczenia dwudziestopięciolecia PRL (sic!), choć palma pierwszeństwa w jego przywróceniu powojennemu repertuarowi przypadła trzy lata wcześniej Robertowi Satanowskiemu w Poznaniu. (…)

Lesław Czapliński

Kraków. Poniatowski a sprawa polska w muzyce. W tym roku Festiwal Muzyki Polskiej (XII Festiwal Muzyki Polskiej: Kraków 8 – 17 lipca 2016 r.) w znacznej mierze zogniskowany został wokół osoby i twórczości Giuseppego Michela Saveria Poniatowskiego w związku z dwóchsetleciem jego urodzin.
Można, rzecz jasna, zastanawiać się nad faktycznymi związkami tego kompozytora, poza samym nazwiskiem, z Polską i z polską muzyką? To już bardziej Aleksander Florian Józef Colonna-Walewski, naturalny syn Napoleona I, po upadku Powstania Listopadowego na emigracji we Francji, minister Napoleona III, przyznawał się do polskich korzeni. Poniatowski z kolei był senatorem Drugiego Cesarstwa i towarzyszył swemu monarsze na angielskim wychodźstwie, gdzie i sam wnet zakończył żywot. (...)

Lesław Czapliński

Radziejowice. Dwa miesiące temu, relacjonując Letni Festiwal im. Jerzego Waldorffa w Radziejowicach wyrażałam nadzieję, że już wkrótce będę mogła wysłuchać tam kolejnych arcydzieł. Ledwo dwa miesiące minęły, i znów zjawiłam się w tym znakomitym przybytku kultury. 2 września miało miejsce otwarcie wyjątkowej wystawy Józef Chełmoński w zbiorach Klasztoru na Jasnej Górze.
Choć wszystko, co dzieje się w Radziejowicach można uznać za wyjątkowe, to wydarzenie z 2 września było naprawdę szczególne. Po raz pierwszy od ponad 100 lat należące do zbioru Klasztoru OO. Paulinów obrazy Józefa Chełmońskiego zostały pokazane publiczności. Jak podaje strona internetowa Pałacu, „W 1903 r. Józef Chełmoński został poproszony przez ojca Euzebiusza Rejmana o wykonanie kopii obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej. Zaproszenie tak wybitnego malarza miało uświetnić obchody 300. rocznicy urodzin ks. Augustyna Kordeckiego. Było to nie lada wyzwanie, ponieważ zakon mógł udostępnić Chełmońskiemu obraz tylko jednego dnia w ciągu całego roku: w Wielki Czwartek, kiedy to nie jest on pokazywany wiernym. Co więcej, jedna z wykonanych wtedy trzech kopii jest jedynym przedstawieniem koron klemensjańskich – daru papieża Klemensa XI, które zostały skradzione kilka lat później.
Obrazy nie opuszczały Jasnej Góry od czasu przekazania ich przez malarza zakonowi. Dzięki wsparciu projektu przez Jego Ekscelencję Księdza Biskupa prof. Andrzeja Franciszka Dziubę, Ordynariusza Diecezji Łowickiej, który objął wystawę swoim honorowym patronatem Dom Pracy Twórczej uzyskał zgodę, aby przez trzy miesiące dzieła były wystawiane w Radziejowicach. Tworzą tym samym ciąg narracyjny z innymi obrazami o tematyce religijnej wystawianymi w galerii Józefa Chełmońskiego radziejowickiego pałacu, największej wystawie prac tego malarza w Polsce”.
Wystawa ma trwać trzy miesiące. Wydaje się, że to długo, ale czas szybko leci, więc radzę, by się pospieszyć ze zwiedzaniem zanim te obrazy znikną na powrót na kolejne sto lat w czeluściach jasnogórskiego skarbca.
Słowa uznania należą się panu dyrektorowi Bogumiłowi Mrówczyńskiemu, który postanowił uświetnić to wydarzenie muzyką nie byle jaką, znaną już bywalcom Radziejowic. Chodzi o Mszę F-dur Józefa Michała Poniatowskiego w wykonaniu tych samych artystów, którzy w czerwcu tu gościli, za wyjątkiem organisty, którym tym razem był Stanisław Diwiszek.
Słowo wstępne na temat wystawy wygłosił dyrektor Domu Pracy Twórczej – Bogumił Mrówczyński. Następnie głos zabrał Tadeusz Matuszczak, znawca twórczości malarza, autor wspaniałego albumu Chełmoński poszukiwany dostępnego w Pałacu w Radziejowicach i opowiedział o historii powstania prezentowanych dzieł.
Następnie zabrzmiała muzyka.
Utworem rozpoczynającym koncert było Ave Maria Bacha/Gounoda na chór a cappella.
Następnie Andrzej Seweryn odczytał Wspomnienie z Jasnej Góry autorstwa O. Euzebiusza Reimana, przeora Jasnej Góry w latach 1895–1910.
Ostatni i najważniejszy utwór wieczoru – Msza F-dur Jóżefa Michała Poniatowskiego – po raz kolejny zabrzmiała w Radziejowicach. Została przyjęta przez zgromadzoną publiczność równie entuzjastycznie jak podczas koncertu czerwcowego. Ci sami co wtedy soliści i dyrygent : Barbara Lewicka-Wójcik (sopran), Donata Zuliani (mezzosopran), Mateusz Kołos (tenor), Robert Kaczorowski (bas) i Przemysław Stanisławski (dyrygent), a także ten sam Chór Trybunału Koronnego w Lublinie wznieśli się na wyżyny swego kunsztu. Stanisław Diwiszek znakomicie im towarzyszył na organach.
Wypełniona po brzegi sala nagrodziła wykonawców Mszy niekończącymi się oklaskam, co spowodowało, że, tak jak i w czerwcu, bisowali. Tym razem zaśpiewali znów Ave Maria.
Trzeba pogratulować Pałacowi w Radziejowicach i całej jego ekipie udanego otwarcia niezwykłej wystawy. Koncert ten zapadnie mi na długo w pamięci.

Magdalena Wolińska

Słupsk i Koszalin.50 Festiwal Pianistyki Polskiej i inauguracja sezonu Filharmonii Koszalińskiej. Nie będzie to relacja z Festiwalu, gdyż nie mogłam w nim uczestniczyć, lecz z dwóch koncertów: zamknięcia Festiwalu w piątek 16 września i z koncertu inaugurującego sezon w Filharmonii Koszalińskiej dnia następnego. Udałam się na te dwa koncerty tylko w jednym celu: chciałam poznać i usłyszeć premierę polską, a być może i światową, niedawno odkrytego I Koncertu fortepianowego Raula Koczalskiego. Ten urodzony w Warszawie w roku 1885 pianista i kompozytor był cudownym dzieckiem. Już jako trzylatek występował publicznie, a w wieku 12 lat obchodził jubileusz tysięcznego koncertu. Uczył się m.in. u Antoniego Rubinsteina i Karola Mikulego. Koncertował przez całe życie, aż do śmierci w Poznaniu w 1948 r. Zdobył uznanie jako wybitny interpretator Chopina. Niestety, w dzisiejszych czasach mało kto pamięta o nim jako o pianiście. Jeszcze mniej osób wie, że był on również bardzo płodnym kompozytorem, autorem ponad 150 dzieł, w tym sześciu koncertów fortepianowych, wielu dzieł symfonicznych, dziesięciu sonat fortepianowych, około dwustu pieśni, wielu dzieł kameralnych, a także co najmniej sześciu oper. Wszystkie te dzieła zaginęły gdzieś w przepastnych czeluściach archiwów i bibliotek, część podobno zniszczył sam autor, niektóre pewnie zniszczono w czasie wojny. Kto to jednak może wiedzieć, skoro cała armia polskich muzykologów nie ma czasu zająć się takim tematem.
O ile zachowały się nagrania Koczalskiego jako pianisty, o tyle jego muzyka w dzisiejszych czasach nie jest ani grana, ani tym bardziej nagrywana. Znana jest mi tylko jedna płyta, która w połowie zawiera współczesne nagrania kilku miniatur fortepianowych Koczalskiego, a reszta to archiwalne nagrania Koczalskiego grającego Chopina.
I oto kilka lat temu pan Jan A. Jarnicki, założyciel Acte Préalable, niestrudzony poszukiwacz „świętego Graala” polskiej muzyki, odnalazł rękopis I Koncertu fortepianowego Raula Koczalskiego, własnym sumptem opracował go i stworzył współczesną partyturę oraz materiały orkiestrowe. Od razu zaproponował wykonanie dzieła znakomitej pianistce, Joannie Ławrynowicz (znanej z dziesiątek wybitnych, odkrywczych nagrań muzyki polskiej w Acte Préalable), bo przecież nikt inny nie jest lepiej predysponowany do takiego przedsięwzięcia. I oczywiście nie spotkał się z odmową.
Dużo trudniejszym zadaniem było znalezienie instytucji chcącej uczestniczyć w odkryciu tego dzieła. Dwa lata bezskutecznego pisania listów do kilkudziesięciu instytucji, również tych, które powołano do promowania kultury polskiej, które nawet nie raczyły odpowiedzieć. Dzięki pomocy znakomitego kompozytora koszalińskiego, Kazimierza Rozbickiego, odkrywca koncertu skontaktował się z dyrektorem artystycznym Festiwalu Pianistyki Polskiej, Janem Popisem. Od tego momentu sprawy potoczyły się bardzo szybko. Pan Jan Popis zainteresował się od razu projektem i obiecał dołożyć wszelkich starań, by koncert Koczalskiego zabrzmiał na Festiwalu. Jak obiecał, tak zrobił.
I Koncert fortepianowy Raula Koczalskiego wykonała wspomniana Joanna Ławrynowicz z towarzyszeniem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Koszalińskiej pod dyrekcją Massimiliana Caldiego. Pierwsza część, trwające około 16 min. Maestoso, zaskakuje od pierwszego dźwięku: rozpoczyna gong, a po nim wchodzą fagoty, wiolonczele i kontrabasy, które w następnym takcie uzupełnia rożek angielski, by po chwili zamiast tych instrumentów pojawiły się pozostałe instrumenty dęte drewniane i smyczkowe. Krótka fanfara instrumentów dętych blaszanych i wejście fortepianu, który prawie bez przerwy absorbuje słuchacza. Znajdujemy tu wdzięczną lekkość, liryzm, wirtuozowski blask. Dosyć zaskakującym jest, jak ważną rolę kompozytor poświęcił skrzypcom solo, które dosyć często samotne dialogują z fortepianem. Piękny motyw w smyczkach powtarza się wielokrotnie, stając się niejako znakiem rozpoznawczym tego dzieła. Warte zauważenia są również sola klarnetu. Część ta kończy się brawurowym tutti.
Część druga, Andante sostenuto, rozpoczyna się krótkim wstępem orkiestry, by chwilę później fortepian na dłuższą chwilę przejął całkowicie panowanie nad słuchaczami, by po ponad dwudziestu taktach znów połączyć się z resztą muzyków. Pojawia się znany z pierwszej części wpadający w ucho motyw wielokrotnie przetwarzany. I znów zachwyca piękny dialog skrzypiec solo i fortepianu. Te osiem minut muzyki kończy się pięknym wyciszeniem.
Ostatnie sześć minut muzyki to część trzecia, Maestoso. Zaczyna się burzliwym tutti, ale już po chwili włącza się fortepian i właściwie już cały czas dialoguje z orkiestrą. Wciąż powracający motyw nie pozwala zapomnieć, że to Koczalski. Cała ta część nawiązuje w sposób bardzo swobodny do poloneza – słyszałam od niektórych specjalistów, że to niemalże prekursor Poloneza Kilara. Może, ale ja wolę pozostać przy Koczalskim – chciałabym, aby kiedyś ten utwór stał się równie popularny. Muszę jeszcze dodać że Joanna Ławrynowicz ma okazję zaprezentować się od najlepszej strony w dwóch brawurowych solach.
Jestem pod ogromnym wrażeniem tego dzieła. Zaprzecza ono powszechnie szerzonej, szkodliwej teorii, jakoby polska muzyka nie mogła się poszczycić symfoniką. Otóż może, tylko trzeba trochę poszukać i zadać sobie trud, by to, co się znajdzie zaprezentować słuchaczom, bo dzieła muzyczne nie po to powstają, by pisać o nich dysertacje, ale po to, by żyły na koncertach.
Świetnie napisane i zorkiestrowane, zachwyca świeżością. Oczywiście, malkontenci będą dowodzić, że utwór powstał za późno, że inna estetyka obowiązywała wtedy. To samo pisano o Rachmaninowie jeszcze w latach 70., a dziś żadna sala koncertowa nie obejdzie się bez niego.
Jeszcze jedno wrażenie – nie przypuszczam, by takie było zamierzenie kompozytora, ale podczas koncertu miałam wrażenie, że słucham muzyki filmowej. Choć dzieło jest całkowicie oryginalne, znajduję w nim klimaty pokrewne do opery Eugena d’Alberta Tiefland.
Ogromne brawa należą się Joannie Ławrynowicz grającej to dzieło z wielką swobodą i lekkością, jakby od zawsze. A przecież jest to utwór wymagający od wykonawcy ciągłego zaangażowania. Jak na premierę – wyjątkowe dokonanie! Ale wcale mnie to nie dziwi. Znam pianistkę od kilkunastu lat, od jej pierwszego debiutu fonograficznego, i zawsze byłam zafascynowana jej łatwością przyswajania dowolnego repertuaru. A przecież nikt chyba nie ma tyle nieznanych utworów polskich w repertuarze, co ona. Wielkie, zasłużone brawa!
Jestem zachwycona również Natanem Dondalskim, koncertmistrzem, którego sola zauroczyły mnie od pierwszego dźwięku. Również cała orkiestra zasługuje na wielkie brawa. Sprostać nieznanemu utworowi podczas dwudniowego maratonu (w Słupsku przed Koczalskim Koncert na dwa fortepiany J. S. Bacha, a po nim Koncert fortepianowy Paderewskiego, dzień później w Koszalinie na wstępie Uwertura Egmont Beethovena, a po Koczalskim Symfonia Jowiszowa Mozarta) to prawdziwe wyzwanie, któremu mogą podołać tylko najwybitniejsi artyści o mistrzowskich kwalifikacjach.
Od samego początku zauważyłam doskonały poziom orkiestry, nie tylko sprawnej technicznie i precyzyjnej, ale również nienagannej intonacyjnie, spójnej barwowo, grającej z elegancją. Zespół dał prawdziwy popis technicznej precyzji, dbałości o szczegóły oraz troski o piękne, przejrzyste a jednocześnie pełne brzmienie Koncertu. Za to muszę pogratulować maetro Massimilianowi Caldiemu i podziękować za jego ogromny wkład w przywrócenie do życia arcydzieła Koczalskiego. Od momentu przygotowania materiałów wykonawczych utworu do jego premiery minęły prawie 3 lata i żaden polski dyrygent nim się nie zainteresował. Widać jednak, że muzyka nie ma granic: jej narodowość jest bez znaczenia. Włoski dyrygent dokonał ważnego odkrycia polskiej muzyki z polskimi muzykami!
Warta podkreślenia jest znakomita współpraca zespołu i dyrygenta z solistką.
Dzień po premierze słupskiej odbyła się inauguracja sezonu w Filharmonii Koszalińskiej. To świetny pomysł, by powtórzyć Koncert Koczalskiego u siebie. Wykonanie było jeszcze lepsze i dojrzalsze, ale nie ma się co dziwić. Kolejne wykonanie i lepsze warunki akustyczne pozwalały artystom jeszcze bardziej rozwinąć skrzydła.
A swoją drogą Filharmonia Słupska powinna wziąć przykład z Filharmonii Koszalińskiej i też postarać się o lepszą salę. I słupczanie, i bywalcy Festiwalu Pianistyki Polskiej, na to zasługują.
Moją podróż do Słupska i Koszalina uważam za nad wyraz udaną – rzadko trafia się taka gratka, jak prapremiera utworu, i to takiej klasy i w takim wykonaniu. Mam nadzieję, że już wkrótce zostanę zaskoczona nowymi odkryciami zarówno przez pana Jana Popisa na Festiwalu Pianistyki Polskiej, jak i przez pana dyrektora Roberta Wasilewskiego w Filharmonii Koszalińskiej.

Magdalena Wolińska

Hamburg.Religia i współczucie. Premiera Parsifala Ryszarda Wagnera podczas tegorocznej edycji Festiwalu w Bayreuth. Atmosfera wokół tegorocznej edycji Bayreuther Festspiele była lekko napięta. Od paru miesięcy krążyły plotki, że nowa inscenizacja Parsifala (reżyseria – Uwe Eric Laufenberg, dyrygent – Hartmut Haenchen, scenografia – Gisbert Jäkel, kostiumy – Jessica Karge, w rolach głównych: Klaus Florian Vogt, Elena Pankratowa, Georg Zeppenfeld, Ryan McKinny, Gerd Grochowski) ma charakter antyislamski. W tygodniu poprzedzającym premierę doszło w Bawarii do trzech zamachów, w których zginęło kilkanaście osób. Dlatego zarówno Festspielhaus w Bayreuth, jak i teren wokół niego, były bardzo dobrze strzeżone. Premiera, na którą zwykle przybywają prominenci, odbyła się tym razem bez czerwonego dywanu i tradycyjnego bankietu. Pracownicy teatru i festiwalowi goście traktowali te ograniczenia ze zrozumieniem, choć nadgorliwość ochroniarzy bywała czasem irytująca.(...)

Jolanta Łada-Zielke

CZŁOWIEK

O muzyce Henryka Pachulskiego

z duetem fortepianowym Va & Ve, czyli Walentyną Seferinową (Va) i Wenerą Bożkową (Ve) rozmawia Arkadiusz Jędrasik

Czytelnicy naszego miesięcznika Muzyka21 znają was z poprzedniego wywiadu, w którym opowiadałyście o sobie i nagranej muzyce Józefa Wieniawskiego. Teraz ponownie gościłyście w Polsce w celu nagrania muzyki Henryka Pachulskiego…
Va: Cudownie tu wrócić! Wenerze i mnie bardzo się podobało nagrywanie muzyki Józefa Wieniawskiego i Henryka Pachulskiego. Warszawa jest pięknym miastem, łatwy dostęp do studia w Polskim Radiu, do tego współpracowałyśmy ze wspaniałą ekipą – nie można sobie wymażyć lepszych warunków do pracy!

Jakie są wasze wspomnienia z obecnego pobytu w Polsce?
Va: Obu nam pobyt w Polsce bardzo się podobał. W 2013 r. byłyśmy głównie w Warszawie, ale udało nam się zwiedzić Żelazową Wolę, miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć ze względu na piękno i płynącą z niego inspiracje. Tym razem (kwiecień 2016 r.), zwiedziłyśmy Kraków, kolejne piękne miasto, w którym się zakochałyśmy i mamy cudowne wspomnienia.

Skąd pomysł na najnowszą płytę?
Ve: Prosta sprawa. Nasz dyrektor artystyczny i producent, Jan A. Jarnicki, zasugerował muzykę Henryka Pachulskiego, a my się zgodziłyśmy.

Legendy Polskiej Wokalistyki (60) – Wacław Domieniecki

Adam Czopek

Tytan pracy, bezkompromisowo oddany całą duszą i sercem sztuce, traktował każdy dzień swojego występu jak święto, do którego od świtu dnia przygotowywał się w sposób iście spartański. Zdobył sobie wśród całego zespołu wielki szacunek i opinię wzorowego kolegi. Takim go widzę, słyszę i pamiętam – napisał we wspomnieniach Mieczysław Mierzejewski, znakomity dyrygent, pod którego batutą Domieniecki często występował.
Kariera tego znakomitego tenora to jeszcze jeden dowód na to, jak szczelna w latach pięćdziesiątych otaczała nas „żelazna kurtyna”, skutecznie odgradzająca nasze muzyczne życie od Europy. Czasami tylko występował gościnnie po jedynie słusznej stronie, czyli w Moskwie, Pradze, Budapeszcie, Berlinie i Lipsku. Chociaż dysponował jednym z najpiękniejszych tenorów bohaterskich, co pozwalałoby mu zabłysnąć na największych scenach świata, nigdy tam nie dotarł. Podczas jednego z jego nielicznych wyjazdów zagranicznych, do Drezna, gdzie 24 lutego 1954 r. w tamtejszej operze zaśpiewał partię tytułowego Otella w operze Verdiego, rzucił na kolana nie tylko publiczność, ale również krytyków, którzy urzeczeni jego sztuką nadali mu miano „polskiego Carusa”. Ale i to nie pomogło, artysta wrócił do kraju, i nikt go tutaj nie szukał i nikt go tutaj nie promował, pozostał śpiewakiem krajowym. Z jednej strony to dobrze, bo ówcześni melomani mogli podziwiać jego wokalny kunszt, a z drugiej – tak na dobrą sprawę – był jedynym w kraju i jednym z niewielu w Europie tenorem bohaterskim w tym czasie. Tyle tylko, że Europa niewiele o nim wiedziała! Dzięki temu Jontek, Radames, Otello, Don José, Król Herod w Salome, Dymitr w Borysie Godunowie, tytułowy Tannhäuser i Lohengrin mieli w jego osobie znakomitego wykonawcę na naszych scenach. W 1951 r. nagrał partię wokalną dla filmu Premiera warszawska, będącego obrazem perypetii z jakimi borykała się moniuszkowska Halka, zanim wystawiono ją w 1858 r. w na scenie Opery Warszawskiej. Na ekranie rolę Juliana Dobrskiego, pierwszego wykonawcy partii Jontka, grał Tadeusz Cygler, któremu Domieniecki użyczył swego głosu. W tym filmie wystąpił też we fragmencie opery Cherubiniego.(...)

Artysta niepokorny – Samson Pascal François

Justyna Midura

Miłośnik jazzu, piłki nożnej i nocnych klubów, artysta o stylu gry takim, jak on sam: nietypowym, zaskakującym i buntowniczym – francuski pianista Samson François swoją przygodę z pianinem rozpoczął w wieku dwóch lat. Jego życie nie trwało długo – urodził się 18 maja 1924 r., a zmarł 22 października 1970 r. Nie był to długi okres, ale na pewno interesujący. François urodził się w Niemczech, zasłynął jako cudowne dziecko we Włoszech, studiował częściowo w Jugosławii. Koncentrował się na romantycznej literaturze fortepianowej, a zwłaszcza na repertuarze francuskim. Był pianistą wyjątkowym, uznawanym za występy z repertuarem Liszta, Schumanna, Chopina, a także Faurégo, Debussy’ego i Ravela. Jego wykonania charakteryzowały się ironicznym humorem i swoistą magią. Zostawił po sobie również ślady jako kompozytor. Skomponował między innymi koncert na fortepian, a ponadto muzykę dla legendarnej śpiewaczki jazzowej i artystki kabaretowej Peggy Lee. Jako fan jazzu twierdził, że ten gatunek wpływa na jego grę.(...)

Ciało jako instrument

z Petrą Lang rozmawia Jolanta Łada-Zielke

Petra Lang (mezzosopran) jest zarówno czynną zawodowo śpiewaczką, jak i pedagogiem. Jako samodzielna artystka śpiewała na największych scenach muzycznych świata: Royal Opera House Covent Garden London, De Nederlandse Opera Amsterdam (Brangena, Kasandra, Wenus, Kundry), Bayerische Staatsoper München (Brangena, Wenus, Zyglinda, Kundry, Brunhilda, Ortruda), Deutsche Oper Berlin (Waltrauta, Brangena, Wenus, Zyglinda, Kasandra, Ortruda), Semperoper Dresden (Brangena, Kundry, Ariadna, Zyglinda), Hamburgische Staatsoper (Waltrauta, Kundry), Staatstheater Stuttgart (Adriano), Oper Köln (Zyglinda), Nationaltheater Mannheim (Kasandra, Ariadna, Kundry), Wiener Staatsoper (Fricka, Waltrauta, Brangena, Kundry, Ortruda), De Vlaamse Opera Antwerpen (Brangena), Grand Théâtre de Genève (Amneris, Kundry, Judyta, Ortruda, Brünnhilda), Opernhaus Zürich (Zyglinda, Ortruda), Teatro di San Carlo di Napoli (Zyglinda), Accademia di Santa Cecilia di Roma (Wenus), Teatro La Fenice (Zyglinda), La Scala (Wenus), Oviedo (Brangena), Teatro de la Maestranza Sevilla (Zyglinda), Budapeszt (Ortruda, Kundry, Brunhilda), Opera Nationala Bukareszt (Ortruda), Tokio (Kundry), Teatro Municipal di Santiago de Chile (Brangena), San Diego Opera (Wenus), Baltimore Opera (Wenus), Lyric Opera Chicago (Brangena), San Francisco Opera (Wenus, Ortruda).
Podczas festiwalu w Bayreuth śpiewała Brangenę w Tristanie i Izoldzie (2005/2006) i Ortrudę w Lohengrinie w reżyserii Hansa Neuenfelsa w sezonach 2011–2015. Tego lata zadebiutowała jako Izolda w nowej wersji Tristana i Izoldy w reżyserii Kathariny Wagner.(...)

Dawid Ojstrach

Justyna Midura

Wielki rosyjski skrzypek, wybitny pedagog i ceniony dyrygent – Dawid Ojstrach żył w czasach głodu, wojny i terroru. Jego twórczość wydaje się być zaprzeczeniem tych doświadczeń – intensywna, ale spokojna, dawała mu coś w rodzaju schronienia. II wojna światowa i sytuacja polityczna okresu powojennego spowodowały opóźnienie długo oczekiwanej międzynarodowej kariery. W tym nieludzkim i zepsutym świecie Ojstrach był symbolem czegoś czystego. Potrafił obrócić najstraszniejsze przeżycia w najcudowniejszą muzykę. Niewielu artystów wypracowało sztukę gry na skrzypcach w takim stopniu, jak Ojstrach – przebiegającą tak lekko, jak gdyby nie sprawiała mu żadnej trudności. Zresztą dla niego nie istniały trudności techniczne. Skrzypek nie był niewolnikiem swoich skłonności do gry. Wykonując utwory Mozarta i Beethovena jego styl był nadzwyczaj prosty, subtelny. Natomiast w utworach Prokofiewa i Szostakowicza nabiera nieco ostrzejszego, intrygującego tonu. W repertuarze romantycznym był bardziej elastyczny ekspresyjnie. Jego skrzypcowy repertuar był ogromny, ale dawał pierwszeństwo artystom dużego formatu – koncertom Beethovena, Czajkowskiego, Brahmsa, Sibeliusa, Głazunowa i Szostakowicza. To był wybór nie tyle muzyka-wirtuoza, co artysty-filozofa. Ojstrach stworzył potężne, intensywne, emanujące ciepłem brzmienie. Ze szczególną siłą i potężnym temperamentem grał premierowe koncerty i nowoczesne utwory. Jego repertuar wieńczą takie arcydzieła, jak sonaty Prokofiewa, Szostakowicza i koncerty Chaczaturiana. Jego styl był pozbawiony nadmiaru. Nigdy – nawet w dzieciństwie – Ojstrach nikogo nie naśladował – mimo faktu, że w tym czasie, co on, na międzynarodowej muzycznej scenie tworzyli Fritz Kreisler, Jascha Heifetz, Yehudi Menuhin, Joseph Szigeti, George Enescu, Isaac Stern i wielu innych. Istnieje coś, co rzeczywiście odróżnia wielkich skrzypków. Jest to jedyne w swoim rodzaju brzmienie. U Ojstracha, tak samo jak w przypadku Menuhina, Heifetza, Milsteina, Kreislera lub Ysaÿe’a w poprzedniej epoce – brzmienie to jest charakterystyczne i oryginalne do tego stopnia, że jest rozpoznawalne. Wszyscy z wyjątkiem Ysaÿe’a i Kreislera są Rosjanami pochodzenia żydowskiego, ale Dawid Ojstrach jest jedynym, o którym można powiedzieć, że był artystą radzieckim.(...)

Isabelle Faust – następczyni Paganiniego?

Maria Ziarkowska

Opowieści o talencie skrzypaczki obiegły już niemal cały świat. Czyżby artystka, podobnie jak Niccolo Paganini, miała konszachty z diabłem? Tym „pół żartem” zachęcam do poznania sylwetki artystycznej Isabelle Faust. (...)

Wino, spaghetti i śpiew

z Nadine Weissmann rozmawia Jolanta Łada-Zielke

Nadine Weissmann, niemiecka śpiewaczka operowa (mezzosopran) żydowskiego pochodzenia, urodziła się w Berlinie. Ukończyła studia muzyczne w Londynie i w Indiana University w Bloomington w USA w klasie Virginii Zeani. Jej pierwszym miejscem pracy był teatr w Osnabrück, gdzie osiągnęła wielki sukces w roli Carmen. Jest laureatką kilku konkursów wokalnych, m.in. Konkursu im. Ryszarda Wagnera w Seattle. W latach 2006–2008 debiutowała w Pierścieniu Nibelunga w Niemieckim Teatrze Narodowym w Weimarze jako Erda, Schwertleite, Waltrauta i druga Norna. Występowała też na scenach operowych Barcelony, Madrytu, Paryża, Marsylii, Lizbony, Helsinek, Berlina, Monachium, Frankfurtu i Amsterdamu. W 2013 r.
debiutowała na Festiwalu Operowym Ryszarda Wagnera w Bayreuth w Pierścieniu Nibelunga w reżyserii Franka Castorfa i pod kierownictwem muzycznym Kiryła Petrenki jako Erda i Schwertleite, które to partie wykonywała również w minionym sezonie. W zastępstwie koleżanki śpiewała również Mary w Holendrze tułaczu. Obecnie występuje jako Laura w operze La Gioconda Amilcare Ponchiellego w Gelsenkirchen oraz w aktualnych produkcjach muzycznych opery paryskiej i drezdeńskiej.(...)

DZIEŁO

Maestro Donizetti i jego opery (9)

Maria Padilla

Adam Czopek

Ledwie przebrzmiały echa prapremiery Faworyty, wystawionej na scenie Opery Paryskiej, a już Donizetti rozpoczął poszukiwania tematu na kolejną operę, która miała powstać na zamówienie Bartolomeo Merellego, wiernego przyjaciela z lat młodości, jednego z pierwszych jego librecistów (Henryk Burgundzki i Szaleństwo karnawałowe), który właśnie został powołany na generalnego intendenta mediolańskiej La Scali, dla której opera miała być skomponowana. Tym razem wybór padł na cieszącą się w swoim czasie sporym powodzeniem sztukę Maria Padilla Françoisa Ancelota. Kilka lat wcześniej sztuka Elizabeth d’Angleterre tego samego autora stała się podstawą libretta do Roberta Devereux, skomponowanego przez Donizettiego w 1837 r. dla Teatro San Carlo w Neapolu. Libretto do Marii Padilli napisał ceniony wenecki poeta Gaetano Rossi, współpracownik Rossiniego i Meyerbeera. Rossi dostarcza Donizettiemu libretto zaledwie kilka tygodni po złożeniu zamówienia. Kompozytor zasiada do pracy w domu swojej bliskiej mediolańskiej przyjaciółki Giuseppiny Appiani, jak zwykle pracuje wytrwale od rana do późnej nocy. Teraz możemy uściślić terminarz: na początku września kompozytor przybywa do Mediolanu, gdzie dogaduje się z Rossim w sprawie libretta, które otrzymuje w połowie października. Na początku grudnia trzyaktowe dzieło jest gotowe i można przystąpić do prób. Maria Padilla jest powrotem Donizettiego do La Scali, gdzie od prapremiery Marii Stuart w 1835 r. nie wystawiał swoich nowych oper. Co nie oznaczało oczywiście, że w tym teatrze nie wystawiano nowych dzieł tego kompozytora. Jednym z dowodów na to była, zakończona wielkim sukcesem, mediolańska premiera Córki pułku w październiku 1840 r. Między mediolańską premierą wspomnianej Córki pułku, a prapremierą Marii Padilli, wystawiono w La Scali Torquato Tasso, Faustę, Parisinę, Napój miłosny oraz Alina, la Regina di Golconda, co jednoznacznie świadczy o wielkiej popularności Donizettiego w tym mieście i teatrze.(...)

MYŚLI

Spór o Henryka Wieniawskiego

Jan A. Jarnicki

Początek sierpnia, późne popołudnie, i nagle w redakcji dzwoni telefon. Ponieważ byłem akurat sam, odbieram. Młody człowiek przedstawia się i natychmiast przystępuje do ataku. W sposób prawie agresywny, podniesionym głosem stara się wykrzyczeć swoje pretensje do Muzyka21 za sierpniowy artykuł od redakcji. Wyrażał swą dezaprobatę dla naszej oceny Konkursu Wieniawskiego. Łaskawie przyznawał nam prawo do wyrażania własnego zdania jednocześnie mając pretensję, że z niego korzystamy. Choć próbowałem trochę uspokoić mojego interlokutora, niewiele to dawało. Moje prośby o przesłanie do redakcji listu byśmy mogli się ustosunkować spełzły na niczym.
O całej sprawie bym zapomniał tak, jak zapomniałem nazwisko osoby, gdyby nie to, że mój rozmówca zamiast przysłać do redakcji list, swoje żale umieścił w Internecie.
Pierwszym z powodów mojej odpowiedzi jest to, że on rozmawiał ze mną. Drugim jest to, że nazwał nas szowinistami, bo za bardzo przywiązujemy wagę do tego co polskie.(...)

PŁYTOTEKA

 

 

Palcem po płycie – Aleksander Michałowski – wielki pianista, kompozytor, pedagog

Karol Rzepecki

Aleksander Michałowski
Piano Works 1
Artur Cimirro, fortepian
Acte Préalable AP0365 • w. 2016, n. 2016 • 56’30”

Aleksander Michałowski to jedna z czołowych postaci polskiej pianistyki II połowy XIX w. Studia pianistyczne w Lipsku, gdzie zadebiutował wykonaniem Koncertu e-moll Fryderyka Chopina otworzyły przed nim drzwi do najbardziej prestiżowych sal koncertowych. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że miał on w swoim repertuarze niemal wszystkie dzieła naszego wielkiego rodaka. Swoje umiejętności doskonalił w Berlinie, pod kierunkiem Karola Tausiga, którego spuścizna została także utrwalona przez wytwórnię Acte Préalable. Nie ma w tym nic dziwnego, że znany jest dzisiaj głównie jako pianista. Jego repertuar obejmował nie tylko utwory Chopin, ale także komplet sonat Ludwiga van Beethovena, czy też dwa zeszyty Das Wohltemperierte Klavier, które potrafił transponować do dowolnej tonacji. W 1874 r. Michałowski przeprowadza się do Warszawy, gdzie to spędził niemal resztę życia. To właśnie tam, w Towarzystwie Muzycznym odsłania swoje drugie oblicze. Daje się poznać jako wybitny kameralista, koncertując podczas dwutygodniowych wieczorów muzycznych u boku Stanisława Barcewicza i Aleksandra Wierzbiłłowicza. To właśnie jemu Józef Wieniawski zawdzięcza prawykonania swoich kompozycji przeznaczonych na 4 ręce, za co postanawia się odwdzięczyć dedykując mu jedną ze swoich etiud, a także kilka innych kompozycji. Michałowski jednak nie pozostaje bez odpowiedzi. Pianiście z Lublina poświęca swoją miniaturę, Prélude op. 9. O wspólnych koncertach Barcewicza i Michałowskiego, czy też Wieniawskiego możemy odnaleźć liczne informacje na temat ówczesnej prasy. Jak podaje „Kurier Warszawski”, 1879, nr 71: „Stanisław Barcewicz, skrzypek i Aleksander Michałowski, fortepianista zamierzają wspólnie wystąpić w Lublinie”. Natomiast „Gazeta Lubelska” donosi o entuzjastycznym przyjęciu obojga artystów. Rok 1910 przyniósł cykl koncertów poświęconych Fryderykowi Chopinowi z okazji okrągłej rocznicy urodzin. Później jednak artysta niemal całkowicie zrezygnował z publicznych występów z powodu szybko pogarszającego się wzroku. Mówiąc o tym pianiście nie można pominąć jego działalności pedagogicznej. W 1891 r. został zaproszony do objęcia funkcji profesora w Warszawskim Instytucie Muzycznym, a następnie Szkole Muzycznej im. Fryderyka Chopina. To on wykształcił takich artystów jak Wanda Landowska, Róża Etkin, czy Jerzy Lefeld. Prawdopodobnie przez krótki czas pod jego kierunkiem swoje umiejętności doskonalił także Władysław Szpilman. To właśnie o nim Franciszek Liszt powiedział: „Tylko Polak może tak grać Chpina”.
Spuścizna Michałowskiego obejmuje około 50 pozycji, pozostając przy tym bardzo zróżnicowaną, o czym przekonamy się słuchając prezentowanego woluminu. Artur Cimirro, pianista z Brazylii zaprezentuje nam między innymi Gavotte op. 4 i Menuet op. 8. To dwie kompozycje, w których odnajdziemy nawiązania do dawnych form. Ukryte kontrasty i skomplikowana faktura przeplatają się z charakterem tanecznym. Warto zwrócić także uwagę na Etiudę op. 2. Kompozycja ta w wyraźny sposób nawiązuje do Impromptu op. 29 Chopina, na którego to utworu motywach została utrzymana. Kompozytor nie stroni także od stylu brillant, poświęcając jedną z kompozycji utrzymaną w tym charakterze Maurycemu Moszkowskiemu. Prezentowany album to nie tylko obowiązkowa pozycja w płytotece każdego miłośnika muzyki polskiej, ale także lekcja poświęcona ważnemu rozdziałowi rozwoju pianistyki.

PŁYTY ZRECENZOWANE W NUMERZE

Beethoven L - 9 Symfonii - Membran 600339 - Płyta miesiąca
Cavalli F - Sospiri d’amore - Glossa GCD920940 - *****
Gjeilo O - Utwory zebrane - Decca 478 8689 - Płyta miesiąca
Kurtág G&M - Játakok, Suita na 4 ręce - Budapest Music Center Records BMC CD 233 - *****
Machaut G - Messe de Notre Dame - Glossa GCD P32110 - *****
Meyer K - Trio fortepianowe - Naxos 8.573500 - Płyta miesiąca
Meyer K - Kwartet fortepianowy op. 112 - Naxos 8.573357 - ****
Michałowski A - Piano Works 1 - Acte Préalable AP0365 - Płyta miesiąca
Monteverdi C - Il pianto della Madonna - Glossa GCD 922805 - Płyta miesiąca
Monteverdi C - Messa a quattro voci et salmi, 1650 - Coro COR16142 - ****
Rózsa M - El Cid - Antes Edition BM319296 - ****
Shankar A - Land of Gold - Deutsche Grammophon 479 5459 - ****
Wood P - Muzyka kamerlna i pieśni - Divine Art dda 25131 - *****

Amuse-Bouche - Decca 478 9394 - *****
Michèle Auclair - Membran 600317 - *****
Daniel Hope - Deutsche Grammophon 479 5305 - *****
Granada - 1013 - 1502 - Alia Vox AVSA9915 - ****
Haydn/Mozart - Simax PSC1351 - ****
Hohler Fels - New Works for Flute - Métier msv 28555 - ****
Janoska Ensemble - Deutsche Grammophon 481 2524 - ****
The Menuhin Century - Warner 0825646782741 - *****